Pewnego
razu, król Kazimierz postanowił sprawdzić jacy są jego poddani.
Zastanawiał się, czy w Polsce żyją uczciwi i praworządni ludzie.
Przebrał się więc za żebraka i wyruszył do miasta.
Pierwszego
dnia spotkał na swej drodze rycerzy. Bogaci szlachcice rzucali
złotem w zajezdni, opychając się smakołykami i pijąc bez umiaru
miód. Podszedł więc do ich dowódcy.
- Panie, czy pomożesz lojalnemu królowi biedakowi, proszę o kawałek chleba – powiedział garbiąc się przebrany monarcha.
- Idź precz zarazo! - wrzasnął rycerz – gdybym każdemu przybłędzie oddawał złoto, to z pewnością poszedł bym z torbami.
- Ale ja proszę ino o kromkę chleba dobry panie – kontynuował król jeszcze bardziej błagalnym głosem.
Rycerzowi
przeszkadzało jęczenie żebraka i kazał go wyrzucić i spuścić
porządne lanie, aby nauczył się, że nie zaczepia się wysoko
postawionych możnych. Wtedy z karczmy wybiegła stara Jagna.
Wyprosiła litość dla biedaka, czym naraziła się na ostrą
chłostę. Zebrała jednak siłę i nakarmiła żebraka. Król nie
zapomniał dobroci kobiety, żony karczmarza. Zapamiętał za to
rycerza, który odmówił mu chleba.
Następnego
dnia, król ponowił swoją wizytę w mieście, przebrany za ubogiego
kupca, sprzedawce glinianych naczyń. Przybył na targ z jednym mułem
i próbował znaleźć miejsce na targowisku, lecz ludzie przegnali
go twierdząc, że to nie miejsce dla takiego jak on i tylko
obywatele miasta mają prawo korzystać z tego miejsca do targowania.
Przysiadł więc przy stodole kowala, który zgodził się na handel
przy swoim warsztacie, on także pochodził z innego królestwa i wie
dobrze jak podli potrafią być mieszkańcy. Widząc, że kupiec nie
może nic sprzedać kupił cały zestaw waz i garnców z gliny.
Zaproponował nawet nocleg kupcowi, ale król musiał już wracać na
zamek.
Trzeciego
dnia, król wybrał się do największej ze wsi. W przebraniu
ubogiego grajka szukał schronienia na noc. Pukał do każdego z
domu, ale nikt nie chciał pod swym dachem obdartusa z fletem.
Dopiero w małym domku, w dachu którego była olbrzymia dziura,
przez którą widać było księżyc, król przebrany za grajka
znalazł kąt dla siebie. Przenocował go, równie ubogi wikliniarz
koszy. Chłop podzielił się nawet kawałkiem czerstwego chleba,
jedynym jedzeniem, które miał. Powiedział królowi, że nikt nie
chce być chrzestnym jego małego synka, poprosił więc grajka, aby
ten został ojcem chrzestnym syna. Król oczywiście się zgodził.
Czwartego
dnia, władca przybył do tej samej wsi, jednak nie w przebraniu, a z
całą siłą, przybocznymi, służbą i chorągwiami. Wszedł do
kościoła i poklepał po ramieniu chłopa. W prezencie podarował mu
złoty bochenek chleba. Król kazał również zbudować mu wspaniały
dom, a jego towary rozprowadził po całym królestwie. Malca
traktował jak syna. Chłopak wyrósł na wspaniałego rycerza.
Piątego
dnia, Kazimierz poszedł na rynek w mieście. Ukarał kupców
grzywną, po czym wydał dekret, w którym kupcy zanim rozstawili
stoiska, musieli najpierw prosić o zgodę kowala, teraz nowego
zarządce części kupieckiej miasta.
W sobotę
król wydał wielki bal. Zaprosił na niego wszystkich, których
poznał w tym tygodniu. W pewnym momencie wstał i podniósł kufel z
miodem.
- Nagrodzę teraz najszlachetniejszego spośród was – mówił władca spoglądając na rycerzy – tego, któremu lanie nie jest obce, który zna honor rycerski i staje w obronie słabszych.
Na te słowa
rycerz, który kilka dni temu kazał wyrzucić i pobić żebraka,
uniósł się dumnie jak paw. Walczył w nie jednej bitwie, brał
udział w nie jednym turnieju, był pewny, że mowa o nim. Król jednak
podszedł do zupełnie innej osoby, do staruszki, która w tym dniu
dostarczała na dwór miód i jadło, na polecenie władcy. Uklęknął
przed nią i obiecał jej, że nigdy nie zabraknie jej niczego, a
zajazd będzie miał pierwszeństwo w przygotowywaniu i dostarczaniu
jadła na bankiety. Przysiągł, że będzie do końca życia
przyjacielem jej rodziny i podarował jej złoto oraz robotników,
którzy mieli wyremontować lekko zrujnowane mury karczmy.
W niedziele król zasiadł na tronie. Zastanawiał się nad tym jakie powinno być królestwo. Pragnął kraju solidarnego, uczciwego i bogatego. Takiego, którego nie da się przejąć żadną siłą. Nakazał więc zburzyć drewniane zabudowy i na ich miejsce postawić murowane. Jak grzyby po deszczu wyrastały zamki, wieże i mury. Nim odszedł zostawił po sobie skarbiec wypełniony monetami i królestwo bronione przez liczne warownie, a także mnóstwo dekretów, dzięki którym lud miał stać się lepszy, zjednoczony i silny. Poddani zwali go Wielkim, nie tylko dlatego, że był wspaniałym dyplomatą, ale dlatego, że miał wielkie serce i dbał o ich potrzeby.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz