środa, 16 lipca 2014

Czarodziej i Zosia - opowiadanie dziewiąte

Mistrz Krotes, jak zwykle mieszał jakieś wywary przy swoim alchemicznym stole, gdy podeszła do niego Zosia. Przyglądała się z wielkim zainteresowaniem, jak fiolki wypełnione płynami skakały na paleniskach, pieniły się i zmieniały kolory połyskując co jakiś czas jaskrawymi kolorami.










  • Mistrzu, czy królowa wypuści mojego tatę i siostrę?
  • To niemożliwe Zofio, sąd orzekł, że twój tata jest winny uprawiania czarnej magi, a także zdrady – powiedział Krotes upuszczając menzurkę na wyłożoną białymi kafelkami podłogę laboratorium.
  • Przecież tata nie ma mocy, w jaki sposób mógłby używać czarów?
  • Kiedyś rzucał uroki, są na to świadkowie i za to będzie skazany – odpowiedział mistrz połamanym głosem.
  • Tata nigdy by nie zdradził króla, wiele razy opowiadał, że kocha go jak brata – powiedziała dziewczynka zamiatając szkło.
  • Posłuchaj, dla ciebie i dla mnie będzie lepiej i bardziej bezpiecznie jeśli będziemy trzymać się wersji królowej – rzekł stanowczo mistrz potrząsając Zosią, aby zrozumiała powagę sytuacji.
  • Więc ty również nie wierzysz w winę taty... Milczysz mistrzu, uczyłeś mnie, że milczenie oznacza potwierdzenie... Zresztą nie musisz nic mówić, wiem, że się boisz, ale odwagi kochany Krotesie, ja cię obronie, uwolnię tatę i przepędzę Drako, lecz proszę cię o jedno, nigdy nie trać wiary w prawdę.
  • Inteligentne z ciebie dziecko, nic dziwnego pochodzisz z zupełnie innego świata...
  • Wiem, tata przywołał mnie kiedy byłam mała – powiedziała dumna ze swej wiedzy Zosia.
  • Inteligentne, lecz nie zbyt mądre.
  • Nie rozumiem mistrzu.
  • Brakuje ci życiowego doświadczenia dziecko, inteligencja powinna iść w parze z mądrością – odrzekł mistrz Krotes – a teraz weź się do roboty.

Zosia uderzyła rączkami podobnie jak do klaskania, potem zatoczyła w powietrzu półksiężyc. Płomienna kula zawisła w powietrzu. Robiła się coraz większa i większa. Dziewczynka pchnęła kulę w stronę drewnianej tarczy na końcu sali. Chwilę później cel eksplodował pozostawiając strzaskaną, płonącą tarczę.

  • Lepiej niż poprzednim razem, lecz nadal nie ogarniasz płomieni – oświadczył Krotes – ruszaj bardziej płynnie nadgarstkami, wzmocnisz płomień i przy okazji będzie łatwiej ci nim kierować. Strona sto trzecia, nie czytasz ze zrozumieniem.
  • Tak mistrzu...

Do sali treningowej weszła królowa. Przywitała się z Krotesem i jego asystentami, a potem zasiadła na przyniesionym przez służbę wygodnym krześle.

  • Pokaż, czego się nauczyłaś! - rozkazała.
  • Tak pani – odpowiedziała Zosia kłaniając się nisko.

Mała przewróciła kilka stron do przodu w swym podręczniku, na co Krotes zaprotestował, lecz widząc przyzwalającą minę królowej, nie śmiał przerwać zaklęcia. Zosia zataczała w powietrzu kręgi, aż w pomieszczeniu pojawiło się tornado. Twister zaczął wyrywać strony w książce, wciągał fiolki, a potem większe przedmioty, drewniane tarcze ćwiczebne i krzesła. W oczach służby, asystentów i Krotesa pojawił się strach. Królowa pozostała niewzruszona. Wbiła miecz pomiędzy szczelinę w podłodze i mocno się zaparła trzymając się jednocześnie okna.

Czarodziejka widząc, że jej złośliwe zaklęcie nie działa na Augustynę, podpaliła tornado, a potem powoli kierowała je w stronę władczyni. Tym razem udało się małej wystraszyć królową.

  • Stop, starczy tego, odwołaj zaklęcie! - spanikowała królowa.
  • Prosiłaś o pokaz pani – odpowiedziała złośliwie dziewczynka.
  • Odwołaj zaklęcie bo twój ojciec straci głowę!

Na te słowa Zosia powstrzymała płomienne tornado. Augustyna ugasiła płomień, który pożerał jej suknie, po czym podbiegła do małej wyciągając sztylet. Powstrzymała jednak rękę, opuściła broń i roześmiała się tak głośnym i przerażająco, że wydawało się jakby sam władca ciemności siedział w jej ciele.

  • I o to chodzi, mała jest prawie gotowa – powiedziała zachwycona. - Krotesie jutro użyje tego zaklęcia na wrogach. Dopilnujesz, aby żaden ze smoczych wojowników nie pozostał przy życiu.
  • Tak pani!

Wszyscy opuścili sale treningową, która tej nocy doszczętnie spłonęła. Czarodziejka zastanawiała się co uczynić, postanowiła poradzić się taty. Zakradła się pod okienko w lochach wieży i cichutko poprosiła jednego z więźniów, aby przekazał wiadomość tacie. Po jakimś czasie do Zosi wróciła wiadomość napisana na skrawku materiału, napisanym małym węglem. „Posłuchaj głosu serca kochanie”.

Tata zawsze mówił jej, że najważniejsze jest to co znajduje się głęboko na dnie serca. Wierzył, że obie dziewczynki są dobre i będą postępowały moralnie, zgodnie z wiarą i naukami rodziców. Nie pomylił się. Zosia pobiegła do biblioteki i razem z mistrzem szukała zaklęcia, dzięki któremu nie zrobi krzywdy żadnemu człowiekowi. Krotes wyszukał odpowiednie zaklęcie. Mała odczytała je i oboje wyprawili rytuał, dzięki któremu magia nie mogła zabić żadnej ludzkiej istoty.


Następnego dnia, królowa, Zosia i Krotes stanęli na murach zamkowych. Augustyna wezwała generała Iba.

  • Smoczy wodzu, wzywam cię i twoje hordy, nie chowajcie się w lesie tchórzliwe psy! - wołała.
  • Nie boimy się ciebie i twojej garstki rycerzy, królobójczyni! - krzyknął generał – ale nasz pan kazał nam czekać, więc słuchamy jego rozkazów.
  • Bez smoka jesteście jedynie karykaturą armii, banda leśnych zbójów, owce kraść, a nie najeżdżać królestwa! - krzyczała dalej.
  • Możesz nas obrażać marna dziewko, ale nie zmusisz nas do ataku! - powiedział generał czerwonej armii, opuszczając zarośla, aby przyjrzeć się zuchwałej kobiecie.
  • Eryku trafisz go z tej odległości? - zapytała jednego ze swoich najlepszych łuczników królowa.
  • Postaram się pani.

Strzała ugodziła Iba w nieosłonienie prawe ramie. Zirytowany posłał hordy do ataku. Wszystkie siły ruszyły do ataku, ten błąd przesądził o porażce najeźdźców. Zosia stosując potężne zaklęcie, poodbijała wrogów o drzewa i skały, łamiąc im kości, ale nie powodując śmierci.

  • Co ty robisz smarkulo? - zapytała zezłoszczona królowa – spal ich, ponieś w górę i rozkwaś o ziemię!
  • Nie zamierzam robić tych okropności – rzekła stanowczo Zosia.

Wtedy królowa kolejny raz podniosła na małą rękę ze sztyletem, zamachnęła się... lecz trafiła Krotesa, który osłonił piersią swoją młodą uczennicę. Królowa chciała poprawić cios, ale nagle usłyszała znajomy dźwięk rogu. Konnica Justyny szarżą rozprawiła się z pierścieniem plemion i ruszyła wprost na tyły Zakonu Smoka. Czerwona armia ratowała się ucieczką, lecz lance paladynów i sprzymierzonych lordów dopadły heretyków. Augustyna odstąpiła od zamachu na dziecku, wiedząc, że mała będzie teraz stanowić kartę przetargową z jej szwagierką i jej sojusznikami.

Bitwa potrwała jeszcze dwie godziny, po czym resztka zdziesiątkowanej armii wroga czmychnęła w góry, gdzie konie nie mogły ich dalej ścigać. Mistrz skonał opierając się o kolana Zosi. Mała próbowała go uleczyć, lecz jej moc nie pochodziła od Pana, a jedynie była nędzną karykaturą cudu. Mała zrozumiała, w tym momencie, jak ulotne są czary, skoro nieść mogą tylko śmierć, ból i zniszczenie. Teraz pojęła lepiej nauki mamy. Ona zawsze twierdziła, że moc to zguba ludzkości, a jej posiadacz nie jest szczęściarzem, tylko potępieńcem. Zapragnęła pozbyć się tego ciężaru.

Nagle, po drugiej stronie Popielatego Pałacu usłyszeć się dało północne rogi i werble. Tak maszerowała armia północy, potomkowie olbrzymów z mroźnych krain. Wezwani przez królową najemnicy, w końcu się zjawili. To nie była banda niedyscyplinowanych łotrów jak Zakon, lecz potężna świetnie wyszkolona i dobrze zaprawiona w bojach armia. Sojusznicy wierni królowej wmaszerowali do zamku. Zmieszana ludność nie wiedziała co myśleć. Barbarzyńcy, krwawi wrogowie, tryumfalnie spacerowali przez rynek ich miasta. Ubrani w skóry i zbroje zdobione kościami zwierząt zaśmiewali się z ludzi, którzy chowali się w swych domostwach, zamykając na wszystkie spusty drzwi.

  • Jestem pani! - odezwał się niski i przeraźliwy głos herszta potężnych ludzi północy.
  • W samą porę Ferguson! - ucieszyła się królowa – już myślałam, że zatrzymała cię Diana, bogini burz, kuzynie.
  • Prawda, sztorm podziurawił nam żagle, lecz Diana była nam przyjazna i w swej dobroci pozwoliła nam bezpiecznie dopłynąć.
  • Wasza wysokość, co ty mówisz, nie wyzbyłaś się starych bogów? - zapytał jeden z wysokich kapłanów.
  • Myślisz, że dla tego słabeusza Konrada i dla tego ludu, który śmie się zwać najpotężniejszym we wszystkich królestwach, poświęciła bym wiarę mojego ojca i moich przodków? – roześmiała się królowa. - Precz mi z oczu kapłanie, precz wszyscy, pókim dobra. Kto nie przejdzie na wiarę Diany pójdzie precz z mojego Pałacu, precz z tej ziemi!

Na te słowa wszyscy uciekli z zamku i popędzili w las, gdzie czekali ludzie Justyny. Widząc uciekinierów Zosia rzuciła się z murów, dalej poniósł ją wiatr. Erik wymierzył w nią łuk, lecz zanim wystrzelił padł trupem na ziemię ugodzony z kuszy Bełta.

  • Dziękuje przyjacielu – powiedziała Justyna do myśliwego.
  • Cała przyjemność po mojej stronie, nienawidziłem tego północnego okrutnika – odrzekł Bełt.
  • Moje dziewczynki nareszcie bezpieczne – powiedziała księżniczka, kiedy obie, Michasia i Zosia wpadły w jej ramiona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz