piątek, 4 lipca 2014

Czarodziej i Zosia - opowiadanie piąte

Na horyzoncie pojawił się niesamowity widok, olbrzymi pałac na samym szczycie największej z trzech szarawych gór. Twierdza otoczona była masywnym murem, na którego krańcach znajdowały się wysokie, niczym wieża bibliotekarza wieże. Majestatycznego Popielatego Pałacu chronili rycerze w srebrzystych zbrojach, ze znakiem białego konia przeszywającego płomienie, zamieszczonego na tarczach, rękojeściach mieczy i siwych płaszczach.

Jeden ze strażników widząc nadjeżdżający wóz, pociągnął za linkę. Stary, mosiężny dzwon wydał z siebie dudnienie tak głośne, że postawił na nogi całą wartę. W jednej chwili w zachodniej bramie, pojawiło się dziesięciu wojów, a na murach kilku łuczników gotowało łuki do wystrzału.

Justyna widząc całe zamieszanie i znając obyczaje rycerzy, którzy musieli reagować na każdy, nawet najmniejszy powóz, wyciągnęła białą flagę i pomachała nią tworząc kilka okręgów w powietrzu. Był to znak świadczący o tym, że zbliża się przyjaciel, a nie wróg.

Kiedy wóz zbliżył się do bram, dowódca straży rozpoznał księżniczkę.

  • Witaj w domu Lodowa Pani – powiedział rycerz kłaniając się do pasa, przed siostrą króla.
  • Tadeuszu, a ty znowu swoje – powiedziała Justyna podnosząc kapitana – tyle razy powtarzałam, że dowódca straży miejskiej nie musi mnie się kłaniać, byłeś przecież moim nauczycielem, a nadal jesteś przyjacielem.
  • Ale i pokornym sługą pani – rzekł kapitan z wielkim uśmiechem na twarzy.
  • Uparty jesteś, jak osioł – powiedział z lekką złośliwością księżniczka.
  • Ale takim mnie lubisz droga kuzynko – roześmiał się już na całe gardło Tadeusz. - Kim są te dwie damy, bo o tego starego capa to nie pytam – żartował dalej.
  • Tobie też latek nie ubywa Tadek – powiedział Wacław zsiadając z wozu. - To nasze córki, przedstawcie się wujowi.
  • Jestem Zosia – śmiało krzyknęła dziewczynka zeskakując z wozu za ojcem.
  • A ja nazywam się Michalina – powiedziała jej siostra, przygryzając pierniczka, którego otrzymała od sołtysowej na odchodne.
  • Śliczne z was pannice, ciekawe czy ciągnie was bardziej do miecza, czy do ksiąg? - pytał wuj Tadeusz.
  • Do ksiąg! - wykrzyczała Zosia.
  • Do miecza! - krzyknęła Michalina.
  • Znakomicie, bo tylko jedna może zostać magiem – rzekł kapitan, ale widząc minę rodziców szybko zmienił temat – pewnie chciałybyście poznać Sławomirę. Moja córka ucieszy się na wieść o tym, że do pałacu przybyły dziewczynki. Ostatnimi czasy, rodzą się tylko chłopcy i mała nie ma z kim się bawić, ani jednej rówieśniczki, wyobrażacie to sobie?
  • Zły to znak – powiedział były czarodziej – gdy rodzą się sami chłopcy. Idzie wojna.
  • Nie wygaduj głupstw, nikt nie wierzy już w takie zabobony, tak chciał Pan. Nie doszukujmy się tu żadnej filozofii – rzekła Justyna witając się zresztą straży, ludźmi których znała od dziecka. Byli to najlepsi paladyni w królestwie. Rycerz, który pokonał w boju wroga, malował na tarczy czerwoną strzałę, a każdy z tych dzielnych wojów miał ich po dwadzieścia.

Cała rodzinka ruszyła w stronę zamku, mijając drewniane domy na przedzamczu, a potem rynek, na którym handlarze oferowali swe towary: cudownie pachnące chleby, warzywa, wędzone mięsa i ryby, a także owoce zza morza, banany i pomarańcze. Dalej znajdowała się druga brama, która prowadziła do zamożniejszej dzielnicy. Tutejsze domy zbudowane były z kamienia, a ich dachy pokryte były glinianymi, brązowymi dachówkami, a nie ze słomy, jak niżej.

Na środku stała fontanna, a wzdłuż niej, w jednym szeregu stało kilkudziesięciu zbrojnych. Na końcu stał Konrad i jego żona Augustyna. Oboje ubrani w błękitne stroje i popielate płaszcze. Król podszedł do swej siostry i mocno ją uściskał.

  • Tak rzadko mnie odwiedzacie, że całkiem zapomnę jak wyglądacie – mówił unosząc Justynę w górę.
  • Jakoś nie było czasu – próbowała się wytłumaczyć księżniczka.
  • Odstaw już tę biedaczkę, bo wyciśniesz z niej wszystkie soki – żartowała królowa – witaj kochana, witajcie wszyscy!
  • A kogo będę ściskał, bo przecież nie czarodzieja, jeszcze gotów mnie zamienić w jakieś plugastwo – żartował król Konrad.
  • Nie bój się panie, nie ma we mnie już magii, a ściskać możesz nasze córki – powiedział bibliotekarz.
  • No cóż wiedzieliśmy, że magia cię kiedyś opuści, szkoda tylko, że właśnie teraz gdy budzi się smoczysko... Nie czas na smutki, czas na radość, gdzie są moje siostrzenice!
  • Tu jesteśmy panie! - krzyknęły, jak to miały w zwyczaju dziewczynki.

Wieczorem powiał chłodniejszy wiatr i po okropnie gorącym dniu, można było usiąść na zamkowych tarasach, w największym ogrodzie, w całym królestwie. Służba syto nakryła stół i wszyscy zasiedli do kolacji, wszyscy z wyjątkiem Zofii. Mała stała pośród tysięcy czerwonych i herbacianych róż. Z zamkniętymi oczyma pozwoliła, aby wiatr kołysał ją delikatnie, jak liście na królewskich jesionach.

  • Co robi twoja córa? - zapytał król.
  • Opętała ją magia, obie ją ogarnęły – powiedziała Justyna – przybyliśmy tu, aby pozbyć się mocy.
  • Nie da się wyzbyć mocy, nie teraz gdy Drako się budzi – mówiła Augustyna. - Moc jest zbyt wielka, spójrzcie na nią. Ona czuje naturę, jej krew wrze, a ciało odczuwa spokój, jakiego nikt z nas nigdy nie poczuje. Twoja Zosia jest panią wiatru, jej potęga powinna się rozwijać, nie marnuj tego daru.
  • Nie potrzebuję takiego daru, zresztą to nie dar, a przekleństwo. Jutro rano zajrzymy do Księgi Żywiołów i odprawimy siedzącą w niej driadę z tego świata.
  • Księga wypędzi tylko jednego demona kochanie – rzekł cichutko Wacław.
  • Jak to jednego, a co z drugim?
  • Nie da się prostym zaklęciem odpędzić panią wiatru, trzeba pozbyć się smoka – nie mówił ci o tym, bo sam dowiedziałem się przed chwilą, od starego Krotesa, głównego bibliotekarza.
  • Przyjdzie nam walczyć ze smokiem, nic mi nie mówisz! - krzyczała Justyna uderzając pięściami w stół.
  • Miałaś zostać w domu, a sam chciałem pozbyć się bestii.
  • Nie pora na kłótnie, oboje wiedzieliście, że ten dzień nastanie – rzekł spokojnie, lecz stanowczo Konrad – lordowie przybędą za kilka dni, wtedy uradzimy jak pozbyć się potwora. Na szczęście Drako nie odzyskał jeszcze pełni sił. Na razie skupmy się na zakonie, trzeba będzie odeprzeć ich atak zanim nadejdą posiłki. Będą próbowali zyskać na czasie dla swego czarnego pana.

Następnego ranka dziewczynki i Wacław weszli do wieży Krotesa, gdzie ten otwarłszy księgę, wyczytał kilka słów. Słudzy przygotowali ołtarz, na którym rozpalono wielką świecę. Moc Michaliny miała się ukryć w płomieniu, a potem ugaszona wodą zniknąć z tego świata.

Odprawiwszy sługi, obaj bibliotekarze rozpoczęli starożytny obrzęd, nim jednak skończyli, w ostatniej chwili do komnaty wbiegła księżniczka, przebijając się przez dwójkę sług pilnujących drzwi.

- Stój! Nie wasz się odprawiać tych herezji na moich córkach! - krzyczała, lecz było już za późno. Duch driady opuścił ciało dziewczynki i wzleciał w górę, a kiedy szykował się do skrycia w płomyku, podmuch otwartych drzwi zdmuchnął ogień. Driada ukryła się w jedynym źródle mocy w pomieszczeniu. Wstąpiła w Zosię.


1 komentarz:

  1. Drogi Bartłomieju, nie chcę być nie miła lub chamska, ale dopatrzyłam się kilku błędów /literówki, powtórzenia itp. / i zamiany imion dziewczynek na końcu...To Zosia ma moc magiczną, a nie jej siostra Michalina...bo tak zrozumiałam z początku historii...A tak po za tym wszystko inne mi się podoba i fabuła wydaje mi się bardzo ciekawa...:)

    OdpowiedzUsuń