Zosia i
Michasia wsłuchiwały się w odgłosy niesione przez ognisty wiatr
Zapomnianej Pustyni. Złowrogi warkot i wycie szczególnie nocą
zdawały się dziewczynkom tak straszne, że sypiały tylko przy
wielkim ogniu. Tata zapewniał, że nie ma się czego bać. Obie
wiedziały jednak, że nie mówi im całej prawdy. Coś kryło się w
ciemnościach i obserwowało ich każdy ruch.
Nawet ich
dzielny strażnik Mahon, czuł w kościach niepokój. Za każdym
razem kiedy usłyszał coś dziwnego szybkim ruchem łapał za kusze.
W pewnej chwili nie wytrzymał. Wstał i wybiegł niczym nawiedzony,
wprost w sidła przebiegłej pustyni, chciał sprawdzić co jest przyczyną dziwnych wieczornych głosów.
- Czy to miejsce jest nawiedzone tato? – zapytała połamanym ze strachu głosikiem Zosia.
- Myślę... a nawet wiem, że jest – odpowiedział szczerze czarodziej. - Jesteśmy w samym sercu pustyni, niedaleko od nas leżało niegdyś Kal Ahar. Wzywają nas jej wojownicy, chcą abyśmy opuścili to miasto. Nie życzą sobie obecności śmiertelników, myślą, że mają do czynienia z rabusiami.
- Jak więc przekonać duchy, że nie mamy złych zamiarów? - spytała Zosia.
- Księgi opisują, że musimy okazać odwagę, czeka nas walka z obrońcami Kal Ahar – odrzekł czarodziej wyciągając kostur.
- Będziemy walczyć z duchami wojowników? - zapytała Michasia.
- Tak, przygotujmy się, zjawy ukażą się nam wraz z blaskiem księżyca. Na razie ukrywa się on za chmurami. Mamy kilka godzin na przygotowanie obrony.
Bełt
przybiegł zasapany i chwycił za bukłak z wodą. Wypił kilka
małych łyków i opowiedział pozostałym o zbliżającym się
małym oddziale prowadzonym przez człowieka bez twarzy.
- Kościotrupy, więc nie będzie tak źle – uradował się Wacław. Michalino uderzaj toporem w ich kościane nogi. Bełcie, kusza nie przyda się tym razem, weź młot i wal bez litości, bo i nam nie będzie ona udzielona. Zosiu rozpędzaj wiatrem większe gromady, rozdzielając ich formację, w ten sposób będziemy wstanie walczyć z tą hordą umarlaków z niewielką przewagą. Pamiętaj nie wolno ci używać mocy ognia, szkieletory zajmą się ogniem i staną się tylko dla nas jeszcze groźniejszym przeciwnikiem.
- Rozumiem tato – oznajmiła Zosia szykując runy i pierścienie do walki.
- Stańcie w szeregu i nie obawiajcie się, pustynia była dla nas łaskawa, wezwała najsłabszego z możliwych przeciwników! - krzyknął Wacław, a po chwili uderzył pierwszego z umarlaków.
Wiatr
otoczył opieką broniącą się czwórkę, tworząc tarczę w
kształcie rogala. Zosia użyła mocy niszcząc pierwszą falę.
Wtedy rozwścieczone szkielety ruszyły do ataku. Ich pordzewiała
broń i zniszczone od czasu stroje wydawały się pamiętać zmierzch
ostatniego władcy Kal Ahar.
Cała
drużyna walczyła dzielnie, nawet paladyni mogli im pozazdrościć
tak doskonałej strategii. Piach zaroił się od kości. Walka
dobiegała końca, już tylko dwa szkielety stały na polu walki i
gdy chciały ruszyć do ostatniego desperackiego ataku, wtedy
połamały się wpół od siły wietrznego zaklęcia Zosi.
Wraz z
nadejściem świtu oczom czwórki bohaterów ukazał się widok inny
od zapiaszczonego pustkowia. Z pod ziemi wyłoniła się wieża, na
szczycie której znajdowały się dwa skrzyżowane miecze, znak
nomadów.
- Oto jest, Ahna Radel, Wieża Magów – powiedział Wacław i ukłonił się dwukrotnie przed znakiem. - Zosiu użyj rękawicy Roda, to zaklęcie odkryje resztę Kal Ahar.
- A więc to miasto istnieje, a czy jej skarby również? - zapytał Bełt.
- Tak, lecz nie wolno wam zabrać nawet jednej monety z miasta, inaczej spadnie na nas potworna klątwa – powiedział z całą surowością bibliotekarz.
- Nie wierze w klątwy – stwierdził Bełt – zresztą, jak zabierzesz miecz, skoro nie wolno nic wynosić z miasta?
- Powiedziałem, że nie wolno kraść złota. Wywalczyliśmy sobie prawo do zabrania artefaktu, więc jest nasz.
- Jest niesamowite – stwierdził myśliwy, gdy dziewczynka skończyła wypowiadać zaklęcie, a jego oczom ukazało się całe piękno Kal Ahar. Nawet teraz po upływie wieków wydawało się, że nie ma bardziej majestatycznego i fantastycznego miejsca.
Miasto
przypominało labirynt, wzdłuż którego ułożone były małe
biało-złote domki. Na samym środku stała Wieża Magów i Pałac,
a przed tymi budowlami rozciągał się ogród, a właściwie to co
zachował czas, kilkadziesiąt przepięknych fontann i rzeźb
przedstawiających mityczne stworzenia z legend nomadów.
Kiedy
wkroczyli do wieży zauważyli uśmiech na twarzy Wacława. Czuł się
w tym miejscu bardzo swobodnie, tak jakby znał to miejsce jak własną
kieszeń. Prowadził dzieci i myśliwego krętymi schodami na samą
górę. Ostatnia komnata miała dziwne ściany, całe w lustrach, a
na samym środku pokoju stał mały drewniany stoliczek, na którym
stała świeca.
- Zosiu zapal świece magicznym płomykiem – poprosił czarodziej.
Dziewczynka
jednym klaśnięciem zapaliła świece. Stoliczek wzleciał do góry,
a potem złożył się w kostkę i powoli opadł w dół. Tata
dziewczynek puknął dziwne czarodziejskie ustrojstwo i otworzyło
się wieko kostki. W środku znajdowała się sporej wielkości
szklana kula. Czarodziej wypowiedział kilka słów w języku
nomadów, a potem położył na niej ręce. Kula zaświeciła jasnym,
białym, mocno oślepiającym światłem, które powoli gasło, aż
zupełnie zniknęło. Po kuli pozostał miecz, lecz nie byle jaki,
zdobiona rękojeść i srebrne ostrze wskazywało, że nie pochodzi z
tego świata, gdyż nie mógł go wykonać człowiek, demon, ani
żadne żyjące stworzenie.
- Czy mogę? - zapytał Mahon, który pragnął dotknąć miecza.
- Nie sądzę abyś mógł go podnieść – roześmiał się czarodziej – tysiące wojowników próbowało, lecz nie poradziło sobie. Miecz sam wybiera właściciela.
- Mimo to muszę spróbować – powiedział myśliwy i sięgnął po niezwykłą broń.
Siłował
się przez dłuższy czas, aż w końcu czarodziej odciągnął go i
poprosił dziewczynki o podniesienie miecza. Zosia wyciągnęła
rączki i mocno się zaparła, czuła jak Skrzydło podnosi się w
górę, ale po chwili miecz spadł jak kamień na podłogę.
Trzecia
podeszła Michasia. Spoglądała na miecz i wtedy przypomniała sobie
starą legendę, którą czytała w domu, w starej wieży taty.
Podeszła bliżej i delikatnie pogłaskała rękojeść.
- Dobry, kochaniutki mieczu, czy pomożesz nam pokonać złego potwora i zaprowadzić pokój w królestwie? - zapytała cichutkim i bardzo łagodnym głosem.
- Tylko tobie złote serce! - odpowiedział miecz – jestem twoim pokornym sługą, miła duszyczko.
- On mówi! - krzyknęła Zosia.
- Ja nic nie słyszę – stwierdził zdziwiony Mahon, tym bardziej, że Michalina podniosła miecz i to bez większego wysiłku.
- Tylko właściciel i istoty owładnięte mocą słyszą jego głos – powiedział czarodziej. - Dlatego ty go nie słyszysz, a my owszem i dodam, że miło słyszeć jego śpiew, to znak, że jego moc nadal działa. Mamy broń i mamy wojownika, pora ruszać i stawić czoła Drako.
- Teraz rozumiesz co miałem na myśli kiedy mówiłem, że jesteś wojowniczką – rzekł uśmiechnięty Bełt.
- Teraz rozumiem mistrzu – odrzekła dziewczynka kłaniając się przed mądrością Bełta.
- Spełniły się dwie przepowiednie, a trzecia mówi o zniszczeniu bestii – mówił Wacław popychając delikatnie dziewczynki w stronę wyjścia.
Opuścili
Kal Ahar w pośpiechu. Miasto i Wieża zapadły się na powrót w
piachu. Pustynia zakryła ślady po starym mieście, tym razem na
zawsze ukrywając jego skarby i tajemnice. Powrót wydawał się podróżnikom
krótszy. Z pewnością spieszyli się, dziewczynki do
mamy, Wacław do żony, a Bełt do swej rodziny. Nareszcie mieli
broń, która zdoła przebić pancerz Drako, plan jak go pokonać, a
przede wszystkim wiarę, że da się wygnać zło, przepędzić smoka
i zaprowadzić na powrót pokój w królestwach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz