środa, 16 lipca 2014

Czarodziej i Zosia - opowiadanie ósme

Kręte i stęchłe kanały pod Popielatym Pałacem zdawały się nie mieć końca. Michalina trzymała się sznura przywiązanego do Bełta i rozglądała się po ścianach, na których siedziały nietoperze i pająki. Te drugie plotły pajęczyny tak grube, że nawet szczury padały w ich pułapkę, stając się posiłkiem olbrzymich kanałowych pajęczaków.

Świeca Michasi powoli gasła. Na szczęście pochodnia jej towarzysza błyskała tak mocno, że widać było po czym stąpali. Dziewczynka bała się, ale wiedziała, że misja, którą powierzył jej ojciec jest bardzo ważna. Król był na skraju obłędu, a jego żona sprytnie wykorzystywała całą sytuację, powoli wzmacniając swoje wpływy na dworze. „Muszę uratować tatę i Zosię, muszę znaleźć mamę” - myślała mała, odgarniając z włosów gęstą warstwę paskudnych pajęczyn.

Nagle pojawiło się przejście. Oboje wybiegli na powietrze i odetchnęli świeżym nocnym powietrzem. Księżyc wisiał wysoko na niebie, a jego światło padało wprost na Siarczane Źródła. Bagna zdawały się znakomitą kryjówką. Żaden z rycerzy i szpiegów Augustyny nie pomyśli nawet, że wybrali taką straszliwą i niebezpieczną drogę ucieczki. Bełt znał jednak tajne przejście pomiędzy Siarczanymi Bagnami, a Siarczanym Źródłem. Polował w tych okolicach na zawije, węże z których mieszkańcy Popielatego Pałacu wyrabiali lekarstwa, a ich skóry oprawiali i tworzyli najlepsze pasy w królestwie. Stworzenia jednak były bardzo agresywne, szczególnie nocą, kiedy zbliżała się pora na polowanie. Zawije zamieszkiwały groty i wilgotne kamieniste miejsca. Słabo się wspinały, dlatego myśliwi najczęściej ukrywali się nocą pośród drzew. Wśród świerków i sosen wykonali mosty, którymi można było swobodnie przejść prawie całą drogę przez moczary. Ostatni odcinek drogi prowadził między bagnami, tylko kilku ludzi wiedziało jak przejść bezpiecznie wąską, prawie niewidoczną błotnistą ścieżką. Bełt był jednym z nich.

Skupiony myśliwy odwracał głowę raz po raz, upewniając się, że dziewczynce nic nie grozi. Ucieszył się, gdy postawił wreszcie pierwszy krok na suchej, piaszczystej plaży koło Wiklinowej Wsi.

  • Udało się! - powiedział Bełt podrzucając kapelusz w górę – już myślałem, że pożrą cię zawije albo utoniesz w bagnach, ale ty dałaś radę!
  • Chyba nie szczególnie lubisz dzieci, co? - zapytała Michalina, spoglądając na myśliwego, jak na szaleńca, któremu wydaje się, że można zamienić kamień w złoto i jest już bliski odkrycia tej sztuki.
  • No co ty, uwielbiam dzieci, szczególnie pieczone na małym ogniu, z majerankiem i octem – żartował Bełt.
  • Ha, ha, bardzo śmieszne. A teraz co dalej, idziemy do mamy? - zapytała mała, wylewając błoto z butów.
  • Najpierw poszukamy łodzi. Mój przyjaciel Jan bez Palców miał wszystko przygotować, o widzę go – oświadczył Bełt po czym pochwycił dziewczynkę za rękę i pociągnął ją na spotkanie Janowi.
  • Witaj przyjacielu! - powiedział Jan – nie mamy czasu, królowa już wie o waszej ucieczce, jej szpiedzy wyruszyli waszym śladem, macie co prawda kilka godzin przewagi, ale i tak trzeba się spieszyć. Widziałem kilku jej gwardzistów we wsi, jeśli otrzymali kruki z wiadomością, to już o was wiedzą.
  • Zatem w drogę – rzekł Bełt biorąc Michasię na plecy, aby było szybciej.

Łódź czekała na wybrzeżu ukryta pod stertą gałęzi, tak że wydawało się, że to górka badyli wyrzucona na brzeg. Podbiegli do niej, rozgrzebali gałęzie i zwodowali łódkę, po czym wskoczyli do środka i popłynęli w stronę Wysokich Dębów. Tylko w ten sposób mogli dogonić konnicę Justyny. To był najlepszy i najszybszy możliwy skrót.

Tymczasem w pałacu, zła królowa uderzała o stół sztyletem wykończonym perłową rękojeścią. Nie powiedziała ani słowa, tylko waliła raz po raz, w drewnianą tarczę zawieszoną na ścianie, na której widniał herb Bełta.

  • Przeklęty najemnik, powinnam pozbyć się go dawno temu! - wrzasnęła do siebie i cisnęła sztylet w sam środek tarczy.
  • Znajdę Bełta i rozprawie się z nim pani – powiedział zakapturzony mężczyzna, stojący w cieniu komnaty i przyglądający się swej chlebodawczyni.
  • Właśnie po to cię wezwałam – mówiła już spokojniej królowa – krople edylu, które przyniósł jeden z twoich ludzi działają trochę za wolno.
  • Może i wolno, ale za to są skuteczne i praktycznie nie do wykrycia pani – powiedział człowiek w kapturze.
  • Tak, ale król nadal trzyma pewnie miecz, a mnie kończy się czas – powiedziała królowa – daj mi coś co przyspieszy proces.
  • Mam taki eliksir, zrobiłem go ze żmijaka pospolitego, ale nie dawaj więcej niż trzy krople dziennie pani, bo ofiara zmieni się w żądnego krwi potwora – oznajmił tajemniczy człowiek podając małą fioletową fiolkę z płynem.
  • Będę pamiętała, a teraz precz mi z oczu i nie wracaj, chyba że z głową Bełta i tą małą. Ona i jej siostra są mi potrzebne.

Zakapturzony osobnik wyskoczył przez okno i zniknął w cieniu murów zamkowych. Za nim podążyło dwóch jego kompanów. Chwilę później słychać było stukot kopyt. Za Michasią i Bełtem ruszył pościg złożony z trójki najokrutniejszych rzezimieszków jakich znał świat.

Augustyna spoglądała na napój, który przyrządziła mężowi. Wino zapieniło się po dodaniu trzech kropli żmijaka. „Dodam jeszcze z dwie kropelki, tak dla pewności” - pomyślała i tak uczyniła. Wino przestało się pienić. Królowa nakazała podać je królowi  jednej ze służek.

Król siedział na tronie, przeglądał mapę wojenną, na której rozmieszczone były miniatury z jego oddziałami i wojskiem smoczych wojowników. Był bardzo strapiony. Trzymał się kurczowo miecza, jakby myślał, że w każdej chwili do komnaty może wbiec armia kosiarzy czerwonej armii.

Wtem podeszła do niego służka. Nalała do złotego kielicha wino i podała je swojemu panu. Konrad sięgnął szybko po kielich, po winie zawsze lepiej mu się myślało. W komnacie był tylko on, generał Tosbald i kapitan Tadeusz. Służka zapytała, czy i im polać wina, ale obaj odmówili. Paladynom nie wolno było spożywać alkoholu w czasie wojny, a że większość życia spędzali na wojaczce to właściwie nie pili.

Władca wypił wino, a potem padł na ziemię. Jego kruczoczarne włosy momentalnie zrobiły się siwe. Z jego ust popłynęła piana. Krew w żyłach zaczęła krążyć szybciej niż nurt w najbardziej rwącej rzece. Oczy zmieniły kolor na czerwony.

  • Trucizna! - krzyknął lord Tosbald.
  • Ratować króla! Medyk! - zawołał kapitan.

Do komnaty wbiegło dwóch gwardzistów królowej i myśląc, że to paladyni są wini zatrucia króla wyjęli miecze.

  • Nie gońcie nas, tylko służkę – powiedział kapitan.
  • Nie wyciągajcie miecza na królewskiego paladyna jeśli wam życie miłe! - wrzasnął generał.
  • Alarm, zdrajcy! - krzyknęli gwardziści.

Wtem zjawiło się jeszcze dziesięciu zbrojnych. Generał i kapitan spojrzeli sobie w oczy. Nie było już odwrotu, trzeba było się bronić inaczej stracą życie. Skrzyżowali miecze z gwardzistami i już po kilku minutach połowa przybyłych ludzi królowej leżała na podłodze. Obaj paladyni byli mistrzami miecza, obaj walczyli w niejednej bitwie. Ich kunsztowi nie mógł dorównać nikt w królestwie, a już na pewno nie młokosy z gwardii królowej.

Chwilę później na podłodze leżała i jęczała z bólu następna szóstka ludzi Augustyny. Kiedy wydawało się, że już po walce do komnat wbiegło jeszcze więcej strażników. Tym razem uzbrojonych w kusze.

  • Siła i honor stary przyjacielu! - krzyknął generał podnosząc tarczę.
  • Siła i honor wodzu! - krzyknął kapitan szykując się na śmierć.
  • Stać! - wrzasnęła królowa, wbiegając do komnaty – mam co do nich inne plany.

Wszyscy stali przez chwilę jak wmurowani. Paladyni zrozumieli co się dzieję, to był przewrót. Królowa sięgnęła po władzę, król konał w szalonych męczarniach, a większość lordów była zbyt próżna aby przybyć mu z pomocą. Augustyna zaproponowała prosty układ. Nie mogła zabić paladynów, ponieważ wybuchłaby rebelia, a wojna domowa to ostatnie czego potrzebowała. Wysłała więc całą setkę paladynów za mury. Mogli zginąć w walce, jak na rycerzy światła przystało. Generał zgodził się, nie chciał ginąć w murach Popielatego Pałacu. Królowa dała im szansę na śmierć w walce. Stanęli więc w jednym rzędzie i ruszyli na smoczą armię, z podniesionymi sztandarami i opuszczonymi kopiami.

Wróg ujrzawszy rycerzy oniemiał w pierwszej chwili, ale surowy i zaprawiony Abi Ho nakazał ostrzał. Rajd zakończył się sromotną klęską. Konnica nie dojechała nawet do lasu, z którego wybiegła horda smoczych wojów, aby dobić ocalałych. Przeżył tylko kapitan, który wpadł do rzeki. Jego ciało poniósł prąd i wróg nie zauważył braku jednego paladyna.

W królestwie zabiły dzwony. Lud myślał, że to z rozkazu obłąkanego króla paladyni ruszyli na samobójczą wyprawę. Szybko doszło do sądu, podczas którego ścięto króla, którego lud uznał za uzurpatora.

Królowa stała na balkonie i płakała. Ludzie widząc jej żal okrzyknęli ją nowym władcą. Lecz z jej oczu nie płynęły łzy żałobne, a jedynie radości. Na tronie zasiadł nowy król.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz