poniedziałek, 28 lipca 2014

Czarodziej i Zosia - opowiadanie pietnaste


Uderzenie pioruna zbudziło Zosię z głębokiego snu. „Oczywiście Misia śpi i nawet tak głośny hałas nie jest jej wstanie obudzić” - myślała drapiąc się po głowie zrobionym przez tatę kosturem. Kiedy podniosła się, aby zrobić poranną toaletę zauważyła Bełta wpatrującego się w niebo.

  • Czy coś się stało? - zapytała jak zwykle dociekliwa dziewczynka.
  • Owszem – powiedział myśliwy – to co widzimy, to nie jest zwykła burza, a zwiastun czegoś okropnego, to nie jest normalne, o tej porze roku nie powinno grzmieć.
  • Zgadza się przyjacielu – stwierdził Wacław ujrzawszy czarno-bordowe chmury na niebie. - To sprawka złych mocy. Drako się zbliża i jest bardzo rozgniewany. Musimy czym prędzej ruszać w drogę!

Popędzili wierzchowce wzdłuż niewielkiego kanionu, wprost do spalonej od ognia polany, gdzie stały rozłożone namioty i fortyfikacje Wiktów, plemion sprzymierzonego ze Złym.

Wracający z Al Kahar wpadli w samą paszczę lwa. Stu wojowników obskoczyło jeźdźców, grożąc im włóczniami i toporami. W jednej chwili spętali Zosię i już mieli zabrać się za resztę, kiedy z lasu spadł na nich deszcz zielonkawych strzał. Wyborowi strzelcy wybiegli tuż po drugiej salwie, ale nie było już ani jednego wroga stojącego na nogach.

Bełt dobrze znał te strzały, pochodziły one z jesionowych łuków jego plemiona. Tylko niedźwiedzie wojowniczki potrafiły tak celnie strzelać. Nikomu, ani myśliwemu, ani dziewczynkom, czy bibliotekarzowi nic się w tym starciu nie stało.

  • Simi efici? - zapytała jedna z wojowniczek zdejmując kaptur z głowy i wtedy rozpoznała swego ojca.
  • Witaj córko – powiedział we wspólnym języku Bełt. - Poznajcie Martynę, moją najstarszą córkę, łuczniczkę z klanu niedźwiedzia – dodał uśmiechając się i przytulając córkę do piersi.
  • Tato, wystarczy już tej czułości – powiedziała zmieszana, kiedy ojciec całował ją w czoło, po tym jak podrzucił ją kilkakrotnie w powietrze.
  • Zupełnie jak matka – stwierdził pozwalając w końcu swojej dziewczynce wyjaśnić co się właściwie stało i jak się tu znalazła.
  • Troy wysłał nas na patrol, wtedy zauważyłyśmy ogniska tych głupców przy wyjściu z kanionu – mówiła piękna, młoda blondynka. - Zauważyłam, że schwytali czarodziejkę, od razu domyśliłam się, że to Zosia. Królowa dużo mówi o swoich córkach. Nie myśląc za długo rozkazałam atak.
  • Mama jest z wami? - zapytał Bełt.
  • Nie, pomaga Troyowi i królowej przekonać Eden, aby dołączyła do walki – powiedziała dziewczyna.
  • Adara zgodziła się na rozmowę z Królową Przyrody? - zapytał czarodziej dziwiąc się całą tą sytuacją, gdyż wiedział, że Adara, jako najmłodsza kapłanka Leśnych Fortów, nigdy nie ośmieliłaby się na obudzenie Eden.
  • Dlaczego ten czarnoksiężnik ośmiela się zadawać mnie pytanie? - warknęła przez zaciśnięte ze złości zęby Martyna.
  • Spokojnie córko, to Wacław, mąż królowej, stracił moc rok temu, jest zupełnie nieszkodliwy – próbował uspokoić łuczniczkę Bełt.
  • Jak to nieszkodliwy! - oburzył się bibliotekarz.
  • Cicho – próbował teraz uspokoić staruszka.
  • Widzisz ojcze, mocy w nim nie ma, lecz nie oszukasz złośliwej natury – powiedziała Martyna przyglądając się czarodziejowi. - Mag nie wejdzie do Fortów, jego przeszłość zakłóci bicie serca Eden. Może się ona na nas pogniewać i zamiast pomóc nam w walce, pozbawi nas tchnienia.
  • Odmówisz schronienia mężowi Lodowej Pani! - powiedział stanowczo tata Martyny, gdy delikatna perswazja nie odnosiła skutku.
  • Przysięgałam wierność, niech wejdzie, ale nie wolno mu ze sobą zabrać kostura, magicznych ksiąg, ani żadnych czarnoksiężnych specjałów – powiedziała Martyna, po czym podeszła do Zosi i Michasi. Położyła obu dziewczynkom rękę na ich serduszkach, zamknęła oczy i przez chwilę stała w osłupieniu. - Dziewczynki maja czyste serca, mogą przekroczyć granice Leśnych Fortów, ale Zofii nie wolno używać mocy w pradawnych lasach.
  • Zosiu proszę cię posłuchaj mojej córki, wie co mówi – mówił Bełt – jeżeli użyjesz chociaż małego zaklęcia, Eden zwróci swoją złość na ciebie i na nasz lud.
  • Mają rację Zosiu – powiedział Wacław – jeżeli użyjesz czarów, Drako wyczuję moc i odnajdzie naszą kryjówkę.
  • Dobrze, obiecuję, że nie będę czarować, dopóki sami o to nie poprosicie – odrzekła mądra dziewczynka.

Martyna poprowadziła drużynę do Derwen. Po drodze opowiedziała o tym, że Leśna Księżniczka gdzieś zniknęła, kiedy tylko Troy dał śluby jej córce Tanwen i odrzucił propozycję taty. Bełt zdziwił się na te słowa i stwierdził, że nigdy nie obiecywał, że jego syn ma ożenić się z Adarą. Cała sprawa zdawała się bardzo podejrzana, a zniknięcie księżniczki można było uznać za dezercję, a nawet za zdradę. Co więcej zniknęła również Tanwen, jej brat nie wie jeszcze o tym, ale kiedy się dowie na pewno ruszy szukać swej ukochanej.

  • Odnajdę córkę Adary, znajdę też samą księżniczkę, ta kłamliwa szprotka zapłaci mi za to knucie – przysiągł Bełt. - Leśni ludzie nie kłamią, chyba, że poszli w stronę ciemności, a wtedy muszą za swą zdradę zapłacić.
  • Pójdę z tobą ojcze. Pokaże ci, gdzie zerwał się trop za Leśną Panią – zaproponowała Martyna.
  • Dobrze, ale reszta ma ruszyć wprost do miasta i za cenę własnego życia osłaniać tę trójkę, zrozumiano? - powiedział Bełt.
  • Tak wodzu! - zakrzyknęły łowczynie. - Przysięgamy na krew i serce niedźwiedzia.

Mahon i Martyna zniknęli w gęstwinie. Reszta gromadki pognała w drugą stronę. Wkrótce dotarli do celu. Derwen nigdy jeszcze nie było tak mocno ufortyfikowane. W niczym nie przypominało miasta, które poznał dawno temu Wacław. Na dziewczynkach Derwen nie zrobiło wrażenia. Nic nie mogło przecież dorównać Popielatowemu Pałacowi.

Następnego dnia, do miasta powróciła delegacja od Eden. Udało się zjednać przychylność matki przyrody. Armia Justyny wyrównała szansę, natura była po stronie obrońców. Kiedy tylko pierwsze posterunki padły, a legion demonów zbliżył się do stolicy, do walki ruszyły drzewa, oplątując korzeniami potwory i wiedźmy, a wtedy grad włóczni i strzał spadł na wroga z taką siłą, że plugastwo zawyło do odwrotu, lecz ten był już niemożliwy. W cieniu drzew pojawiło się światło. Były to błyszczące zbroje i miecze paladynów, odcięły hordą drogę ucieczki. Losy bitwy były już przesądzone. Armia światła wypędziła zjawy z tego świata, pokonując połowę armii Złego. Teraz wojownicy ruszyli w drugą stronę, gdzie Gall Ferguson i jego topornicy powstrzymywali liczniejsze odziały piratów.

  • Lareg egni Diana! - krzyczał generał widząc, że wróg otoczył jego ludzi, tak żegnali się z życiem wojownicy z Północy.

Kiedy przy życiu pozostało już tylko kilkudziesięciu toporników, z lasu wyjechała konnica, a za nią włócznicy. Nigdy w życiu wódz nie spodziewał się, że uratują mu życie ci, którzy niegdyś byli zatwardziałymi wrogami klanu. Piraci widząc szarżę próbowali uciekać, ale było już za późno. Tchórze skapitulowali, rzucili broń i oddali się w niewolę. Do końca walczyli tylko smoczy wojownicy, ale padli pod naporem mieczy paladynów.

  • Zwycięstwo! - zakrzyknęli wszyscy zgromadzeni na polu walki rycerze Justyny – niech żyje królowa!

Nagle z nieba uderzyła gigantyczna fala ognia. Sam podmuch żaru zdmuchnął większość jeźdźców z koni. Bestia pojawiła się i zniknęła w czarnych chmurach swego wyziewu. To był ułamek sekundy, jedna mała chwila, a sprawiła, że wielu mężnych wojów opuściło ten świat i podążyło ścieżką Pana.

  • To nie koniec, to dopiero początek, przybędą następni, ugniecie się w końcu przede mną, parszywe, małe, nic nie warte istoty! - wrzeszczał głos w chmurach.
  • Wszyscy do lasu, odwrót! - krzyczeli królowa i jej generałowie.



2 komentarze: