Dwie armie
połączyły siły w zmaganiach z nowym wrogiem potężniejszym od
samej śmierci, władcy ciemności. Drako, jego imię zatruwało ducha
walki u najsilniejszych rycerzy. Jego siła rosła każdego dnia, tak
jak jego plugawe legiony. Diabelstwo za cel postawił sobie
zniszczenie znienawidzonej ludzkości. Uważał, że to z ich winy
został wypędzony z Królestwa w niebie. Nie rozumiał dlaczego Pan
stawia te słabe istoty wyżej niż swoich anielskich rycerzy.
Niszczył
słabe i zwaśnione królestwa na zachodzie, kiedy usłyszał, że
jego największy wróg czarodziej jeszcze żyje. Uśmiał się, kiedy
szpiedzy donieśli mu o utracie mocy przez wielkiego czarnoksiężnika.
Czuł jednak obecność magi. Domyślał się, że nadal
istnieje mag posiadający olbrzymią, starą wiedzę. Nie potrafił
jednak go odszukać. Klejnot pod wieżą bibliotekarza zakłócała
jego zmysły. Zakon doniósł mu o tym, że mocą włada młoda
dziewczynka. Smok na te słowa zadrżał, znał słowa starej
przepowiedni.
Serce tak
silne, jak góra najwyższa,
Dusza tak
czysta, jak kropla źródlana,
Myśl jej
jasna, jak najjaśniejsza gwiazda,
Niezrodzona,
lecz przywołana...
Dziewczę
usłyszy
Bestii z
piekielnej czeluści nieuchronne konanie.
- Zgnieść, zmiażdżyć, zniszczyć tą słabą rasę, niech mrok przesłoni gwiazdy, niech lawa zastąpi źródła, niech góry skruszeją! - wrzeszczał potwór waląc łbem w pobliską górę, z tak wielką siłą, że spadła śnieżna lawina i przykryła część jego sług.
- Panie niszczysz własne legiony! - odważył się zwrócić uwagę swemu władcy jeden z generałów Zakonu Smoka.
- Stworze następnych potępieńców, na tym świecie nie brakuje grzeszników – roześmiał się Drako. - Wezwij piratów, bandytów, olbrzymów z południa, wezwijcie sługi z bagien, a nawet wiedźmy bez mocy, każdego kto pójdzie za mną czekać będzie nagroda.
- Jaka, mroczny władco? - zapytał chciwy sługa.
- Złoto, władza, siła o jakiej się nikomu nawet nie śniło, mogę dać wszystko, czego tylko zapragniecie!
- Niech żyje Mroczny Pan, niech żyje Drako! - krzyczeli jego zwolennicy.
Legiony
potworów i przestępców, diabłów, duchów i demonów, czekały na
rozkazy. Smok uspokoił się, zleciał do swych oddziałów i wskazał
na mapie kolejny cel, prastare lasy, ostatni mur dzielący zachodnie
krainy od Królestwa Popiołu.
Słońce
nie świeciło już tak mocno, jak przed kilkoma tygodniami, kiedy to
z Popielatego Pałacu wymaszerowała nowa zjednoczona pod jednym
sztandarem armia. Ich przywódcą była Justyna, znakomity paladyn,
ale również wspaniała matka i żona.
Chmury
przesłaniały błękit nieba zwiastując nieuchronnie zbliżanie się
Zjednoczonych Klanów do Drako i jego plugawych stworów. Lodowa
pani, walczyła z myślami, niedługo stanie naprzeciw Smoka, a
jedyną osobą, która będzie wstanie pomóc jej w walce jest jej
mała córeczka Zosia. „Nie pozwolę, aby moje kochanie walczyło”
- myślała, lecz wiedziała, że na taką decyzję nie może sobie
pozwolić.
- Trapisz się miłości? - zapytał bibliotekarz jadący tuż za nią, na białej klaczy, należącej niegdyś do Konrada.
- Troszkę, czy nie ma innego sposobu na pokonanie Złego? - zapytała licząc na słowa, które ją pocieszą.
- Nie... – odrzekł krótko czarodziej i po chwili milczenia dodał – a może...
- Jest inne wyjście? - zapytała Justyna zatrzymując pięknego siwka, który z kolei należał do Augustyny– mów szybko!
- Wyczytałem kiedyś, że istnieje miecz... - zawahał się, ale po chwili kontynuował drapiąc się po brodzie, jak zwykle kiedy się denerwował. - Srebrne Skrzydło Bytu... Taką nosi nazwę.
- Srebrne Skrzydło to legenda, bajka dla dzieci, ta broń nie istnieje – powiedziała Justyna. - Czy się mylę?
- Ostatni nosił miecz Art, król wędrownych nomadów, to było... dwieście, nie trzysta lat temu. Art posiekał na kawałki Diberiona, demona, łowce dusz, a potem...
- Czyli miecz istnieje?
- Nie przerywaj kobieto, myślę – rzekł Wacław trzymając się za głowę i próbując się skupić – miałem wtedy z pięć lat, a może osiem, to była wspaniała bitwa, wkrótce potem król zbudował pierwsze miasto na zapominanej pustyni, a jego lud dał początek ludziom z popiołu, kiedy...
- Kochany do rzeczy, gdzie jest miecz, jeśli w ogóle istnieje?
- No i znów mi przerywasz! - marudził bibliotekarz.
- Powiedz wreszcie czy ta broń istnieje?
- Oczywiście, że tak, to nie tylko legenda, widziałem go na własne oczy. Anielski miecz znajduje się nadal w Kal Ahar.
- Ale miasto już nie istnieje, zakopały go piaski pustyni, więc i miecz został pogrzebany – powiedziała smutna królowa.
- Wiem jak rozwiać piasek, ale...
- Skoro wiesz to nie powinniśmy zwlekać ruszaj kochany i przywieś miecz!
- Nie rozumiesz, tylko zaklęcie rozwieje piach i tylko zaklęcie go odnajdzie.
- Więc po co zawracasz mi głowę tymi głupotami! Chcesz mnie zdenerwować.
- Nie, po prostu muszę zabrać ze sobą Zosia! - wykrzyczał wreszcie w złości Wacław.
Słowa
męża kolejny raz dały do myślenia królowej. Tej nocy nie spała
rozmyślając nad tym, czy powinni się rozdzielać. Wreszcie doszła
do wniosku, że warto spróbować. Może dzieci będą
bezpieczniejsze z dala od demonicznej armii i szpiegów. Pozwoliła
więc Wacławowi i dziewczynkom oddalić się. Wysłała z nimi Bełta
do ochrony, myśliwy znał drogę i zagrożenia czające się na
niej.
Zabrali
tylko najbardziej przydatne rzeczy, aby nie utrudniać podróży.
Najmniej bagażu miał Wacław, zabrał tylko stary kostur i mały
pakunek, wewnątrz którego trzymał trylogie wojen nomadów, księgi
zawierające wskazówki, jak odnaleźć artefakt.
Dziewczynki
zabrały najwięcej bagażu. Zosia załadowała na osła, dwie
walizki. W jednej trzymała prowiant, a w drugiej kilka zwojów z
zaklęciami i szkatułkę z pierścieniami, które otrzymała od
mistrza Krotesa. Pierścienie wzmacniały zaklęcia. Było ich pięć,
każdy wykonany był z innego materiału. Najmniej kosztowny był
pierścień wiklinowy z cyrkonią, najbardziej cenny był złoty
pierścień z wielkim szmaragdowym oczkiem. Ten zielonkawy kamień
sprawiał, że żywioł wiatru stawał się nawet stu kronie
potężniejszy w ręku zaprawionego maga wojny.
Michalina
zabrała zbroje, którą podarował jej Bełt. Mówił, że pancerz
należał niegdyś do jego syna Troya, ale ten dawno już z niego
wyrósł. Zbroja nie przypominała pałacowych, wykonana była z
odpornego na ogień materiału. Nie była też tak piękna, jak
zbroje paladynów. Prosta zbroja, bez zdobień, lecz powgniatana
gdzie nie gdzie, przypominała Bełtowi o waleczności jego
trzynastoletniego syna.
- Rzadko mówisz o swej rodzinie Bełcie – zagadnęła Michalina.
- To prawda, nie mówię o nich zbyt wiele z obawy przed królową nieboszczką – rzekł Bełt, lecz nie zastanowił się nad sensem swych słów.
- Królowa nie żyje, czy więc opowiesz nam o swej rodzinie? - prosiła Michasia.
- Co tu dużo gadać mam kilka córek i jednego syna, razem z moją żoną Yvon żyją w Leśnych Fortach – powiedział z dumą w głosie Bełt.
- Twoja rodzina należy do klanu jelenia? - zapytała druidka.
- Do klanu niedźwiedzia – poprawił Bełt – ale żyjemy w zgodzie z jelenim klanem.
- Opowiedz nam coś więcej o swej rodzinie i prastarych lasach – prosiła Zosia, przysłuchująca się rozmowie.
- Nie ma takiej potrzeby, wkrótce same poznacie całą moją rodzinę, najpierw jednak musimy odszukać Kal Ahar – rzekł Bełt, który nie był przyzwyczajony do podobnych rozmów.
- A zdradzisz nam chociaż swe prawdziwe imię? - naciskała dalej Michasia.
- Dobrze, ale więcej nie wypytujcie mnie, męczy mnie taka rozmowa – powiedział Bełt. - Jestem Mahon Niedźwiedzi Pazur, z klanu niedźwiedzia, z plemienia leśnych ludzi.
- Nazywasz się Niedźwiedzi Pazur, ale śmiesznie – chichotała Michasia, a wraz z nią jej siostra.
- To prawda, nasz Bełt nazywa się tak samo jak misio – roześmiała się Zosia, a śmiech dziewczynek udzielił się także czarodziejowi.
- No wiesz Wacławie, dziewczynkom się nie dziwie, ale ty mógłbyś powstrzymać tą salwę śmiechu – zwrócił uwagę przyjacielowi Bełt – wiedziałem, że nie można wam zbyt wiele mówić.
- Nie obrażaj się, troszkę radości nie zaszkodzi, przyjemniej spędzimy te kilka dni w drodze do zapomnianej pustyni – stwierdził bibliotekarz wycierając łzy z rozbawionej twarzy. Żart może nie był zbyt zabawny, ale mina wojownika, z którego naśmiewają się dwie dziewczynki była tak surowa, że czarodziej nie mógł powstrzymać śmiechu.
Leśni
ludzie nie znali się na żartach, do życia podchodzili z wielką
powagą. Nie byli jednak ponurakami. Był to stary lud, który
wierzył w mistyczną siłę i naturę. Wierzyli, że wszystko co
ich otacza jest ze sobą w jakiś sposób powiązane, jakąś
niewidzialną więzią. Dlatego czarnoksięstwo uważali za
największe zło, tak jak i stworzenia, które nie pochodziły z tego
świata. Gotowi byli walczyć w obronie nie tylko plemienia, ale
także lasu i jego skarbów, zwierząt, drzew, rzek, a nawet trawy i
mchu.
Mahon
milczał, aż do wieczora kiedy przyszedł czas na kolację. Wtedy
napełnił brzuch i dobry, sarkastyczny humor typowy dla jego klanu
powrócił. Popijał wodę z sokiem z leśnych jagód, których rosło
nadzwyczaj dużo w tutejszych zagajnikach i jak co wieczór czyścił
swoją kuszę.
- Troy jest wojownikiem – powiedział dorzucając kawałek drewna do ognia.
- Mówisz o swoim synu? - zapytała Michasia.
- Tak, chłopcy z klanu niedźwiedzia, gdy skończą jedenaście wiosen, muszą udowodnić, że są godni dzierżyć włócznie – mówił myśliwy. - Młodzieniec opuszcza wtedy dom, zabierając jedynie nóż i rusza w głąb lasu, gdzie samotnie musi spędzić cały miesiąc. Po upływie tego czasu wraca, przynosząc dary dla swego plemienia. Im lepsze dary, tym większy honor dla rodu. Troy przyniósł trzy skóry niedźwiedzia, byłem bardzo dumny, ale kiedy pokazał mi największą ze skór, którą zdarł z włochatej jaskiniowej bestii oniemiałem. Futro należało do jaskiniowego trola, stwora wielkiego jak dąb, nie zbyt inteligentnego, ale za to bardzo agresywnego i silnego.
- I twój syn ubił tego trola? - zapytała ciekawska Zosia.
- Tak ubił, kiedy bestia zamierzała go zjeść, wpadła w jedną z jego pułapek. Futro bestii jest sporo warte, gdyż jest odporne na ciosy miecz – mówił dalej Mahon – twoja zbroja Michalino obszyta jest właśnie tą skórą. Dlatego jest tak niesamowita. Nie da się jej spalić, ani przebić. Od jutra pokaże ci jak chronić miejsca nieosłonięte, w ten sposób będziesz niepokonana.
- Dziękuje mistrzu – powiedziała już z pokorom Michasia.
- Lecz ćwiczyć musisz także panowanie nad swą zwierzęcą naturą, ponieważ smok może próbować ją w tobie obudzić, a wtedy nie będzie już dla ciebie ratunku – dodał Bełt.
- Tym zajmę się ja – odrzekł bibliotekarz, otulając kocem obie dziewczynki.
- Tato opowiesz nam bajkę na dobranoc? - prosiła Zosia, a po chwili do prośby dołączyła się Michasia.
- Dobrze, ale tylko jedną i od razu, bez marudzenia pójdziecie spać, musicie mieć siły na jutrzejszy trening oraz dalszą podróż.
- Dobrze, obiecujemy – przytaknęły siostry.
- Dawno temu, za błękitnym oceanem mieszkał lud zwany druidami. Zamieszkiwali oni puszcze i góry, gdzie nigdy nie brakowało pożywienia. Pewnego dnia do puszczy przybył pustelnik, w długich poszarpanych szatach. Zazdroszcząc stworzeniom tego dobra, zatruł wodę w jeziorach i rzekach, wypuścił plagę robactwa, która pożarła owoce, liście, a nawet korzenie. Na koniec wygnał druidów ze swej ziemi. Długo lud błąkał się oceanach. Część trafiła do niewoli, część na inne mniejsze wysepki, gdzie założyła nowe osady. Jednak jeden klan, największy i najsilniejszy trafił do Skalistego Królestwa. Moc kamieni pozwoliła rozwinąć im swoje umiejętności przemiany w niedźwiedzie, wilki i orły. Wódz klanu nazywał się Barii i był najpotężniejszym czarnym niedźwiedziem, jaki stąpał po górach. Odszukał on braci i uwolnił z niewoli. W czasie jednej z wypraw natrafił na pustelnika. Doszło do pojedynku, podczas którego Barii został ciężko ranny. Przegnał jednak pustelnika, który okazał się być demonem. Wódz wrócił do domu i resztę życia spędził budując swe królestwo, nowy dom druidów. Nie miał syna, który by mógł go zastąpić. Miał jednak silną córkę. Nie była ona jednak czystej kwi druidem, gdyż wybranką wodza była ludzka kobieta. Legenda głosi, ze pochodziła z plemienia leśnych ludzi. Dziewczynka została wodzem, a jej królestwo połączyło się z królestwem ludzi. Silny kraj dorównał temu, który opuścili druidzi przed laty. Wódz miała na imię Albion, na cześć największej z świętych gór i była twoim przodkiem Michalino.
- To świetnie tato – powiedziała w półśnie dziewczynka.
Następne
dni podróżnicy spędzili w drodze, nie zatrzymując się z obawy
przed szpiegami Drako. Opuszczając drogę i zjeżdżając w Sowi
Zagajnik natrafili na grupę rabusiów. Mahon wyjął kuszę, chcąc
walczyć, lecz Wacław opuścił w dół jego broń i znacząco
spojrzał na córkę.
- Kochanie nie mamy czasu, załatwisz sprawę z panami rabusiami – poprosił Zosię.
- Dobrze tato – odpowiedziała posłuszna dziewczynka.
Rozbójnicy
rozbawieni sytuacją opuścili pałasze i pałki. Czarodziejka
zeskoczyła z osła i wypowiadając krótkie zdanie uderzyła w
ziemię nogą, jak we złości. Podmuch wiatru wyrzucił bandytów
daleko poza zagajnik. Dziewczynka jakby nigdy nic dosiadła osła i
wszyscy ruszyli dalej.
- Krotes ładnie cię przygotował, ciesze się, że większy nacisk kładł na wiatr – powiedział tata – magia obronna przyda się bardziej, niż ogień i atak.
- Tak tatusiu, mistrz nauczył mnie wiele, ale nadal nie wiem jak posłużyć się tarczą wiatru, a to może być klucz do pokonania Drako – powiedziała dziewczynka.
- Tarcza powiadasz, magia runiczna postaramy się naprawić brak tej elementarnej nauki – powiedział Wacław odrobinę zaskoczony mądrością swej córki, ale w słowach wypowiedzianych przez córkę widział mądrość swego przyjaciela Krotesa. Rzeczywiście tarcza odbić mogła smoczy ogień, zaklęcie stare, a do stworzenia runy potrzeba było tylko odrobinę dębo-żelaza, więc jest to całkowicie do zrobienia i opanowania przez Zosie.
W
Sowim Zagajniku rosły trzy Żelazne Dęby. Czarodziej podjechał do
jednego z nich i przyłożył ucho.
- Posłuchaj Zosiu, dobre dębo-żelazo pochodzi z kory drzew, które najgłośniej śpiewają – powiedział tata.
- Nic nie słyszę – powiedziała dziewczynka.
- Bo nie słuchasz sercem, wyobraź sobie, że to drzewo żyje i próbuje ci coś powiedzieć, tak jak to robi wiatr – podpowiadał bibliotekarz.
- Teraz słyszę, niesamowita melodia tatusiu.
- Złotym sierpem delikatnie zdrapujemy kawałek kory, lecz staramy się nie okaleczyć drzewa – rzekł Wacław krusząc kawałki dębo-żelaza.
- Rozumiem.
- Potem wysuszamy korę na słońcu i mamy gotowy składnik do stworzenia runy.
- A co jeszcze jest potrzebne, aby zrobić runę? - pytała mała.
- Kamień runiczny, najlepiej twarda skała, woda źródlana, siarka, węgiel i zaklęcie, oczywiście mały ogień, na palenisku, najlepiej świeca – mówił czarodziej – podczas gotowania dodajemy dębo-żelaza, podobnie jak sól do zupy warzywnej mamy – uśmiechnął się tata.
Kamień
zabłysnął żółtawym światłem, a na jego gładkiej stronie
wyżłobiła się litera wyglądająca jak dwa pioruny na korzeniu
drzewa.
- Oto prastara runa tarczy wiatru – powiedział czarodziej przekazując kamień Zosi.
W
oddali widać było żółtawy piach, który wiatry pustynne ułożyły
niczym fale na morzu. Gorąca pustynia zdawała się nie mieć końca.
Wokół leżał tylko piach i nic więcej. Pełznący wąż zatrzymał
się przed piachem i zawrócił, podobnie czyniły ptaki na niebie i
inne zwierzęta. Pustynia połykała wszystko, jak wiecznie głodny
olbrzym, pokrywając piaskiem i kurzem na wieki. Drużyna musiała
jednak przebyć dwa dni wzdłuż piaszczystej pułapki. Mapa
prowadziła na wschód, tam leżało ukryte pod piachem Kal Ahar.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz