Poranek
wstał przykryty płaszczem ciemnych, wiszących tuż nad ziemią i
rozciągających aż za widnokrąg smoczych wyziewów. W tej gęstej
od gazów mgle poruszali się bardzo szybko, lecz zarazem cicho Bełt
i Martyna. Wydawało się, jakby dwa wilki gnały przez puszczę
tropiąc swą ofiarę. W istocie tak było, szukali śladów
księżniczki. Kiedy dotarli do cmentarzyska biesów, olbrzymich
stworów przypominających przerośnięte psy, wiedzieli już, że
Adara zdradziła. Tylko zdrajca mógł bezkarnie przemierzać tę okolicę pełną złowrogich potworów. Biesy nie oszczędzały
nikogo, służyły smokowi, nie jeden zwiadowca stracił życie od
ich pazurów i silnych szczęk.
Tego dnia
las szumiał tak mrocznie, że mogło się zdawać, że nadchodzi
kres świata. Strugi dymu unoszące się wokół Fortów otaczały
las, nie pozwalając nikomu go opuścić. Demon był wściekły, miał
jednak jeszcze jednego asa w rękawie, księżniczka przyłączyła
się do siły ciemności, do Drako, a na dowód swej lojalności
oddała w niewolę swą córkę, Tanwen. Z takim atutem, mógł
swobodnie czekać na wrogów.
Kiedy
dotarli do drogi pnącej się stromo ku Orlej Górze, którą zajął
smok, wraz z garstką niedobitków swej armii, spostrzegli Tanwen,
dyndającą w klatce tuż przed wejściem do groty, którą zapewne
Drako obrał za kryjówkę.
- Wyglądasz na przerażoną – powiedziała szeptem Martyna, kiedy zbliżyli się z ojcem do klatki – spokojnie wyciągniemy cię stąd.
- Wcale się nie boję – odpowiedziała młoda księżniczka – trapi mnie coś innego, moja mama oddała mnie do niewoli, a sama przystąpiła do legionu.
- Gdzie strażnicy? - spytał Bełt zdziwiony, że nikt jej nie pilnuje.
- W jaskini, nie pilnują bo wiedzą, że biesy załatwią za nich sprawę.
- A smok? - spytała Martyna – gdzie on jest?
- Nie wiem, ale nie ma go tutaj, widziałam, jak wylatywał.
- Nie zwlekajmy więc – powiedział Bełt i wytrychem otworzył zamek w klatce, uwalniając Tanwen.
W tej samej
chwili usłyszeli złowrogie wycie, biesy wyczuły ich obecność.
Ucieczka była niemożliwa, bestie dopadłyby ich w mgnieniu oka. Na
szczęście Bełt i Martyna byli doskonałymi łowcami, znali naturę
potworów. Tanwen chwyciła włócznie i ustawiła się przed Martyną
i jej tatą, którzy celowali już z kuszy i łuku. Rozwścieczona
horda puściła się do ataku. Stwory padały jak muchy, a te które
jakimś cudem umknęły strzałom i bełtom naraziły się na
włócznie i kocie ruchy młodej księżniczki.
Kiedy
ostatni z psowatych padł, z jaskini dał się usłyszeć jeszcze
groźniejszy odgłos. Cała trójka spojrzała na grotę, z której
wynurzyła się gigantyczna postać. To był olbrzym, potwór który
nie miał prawa istnieć, jego rasa wyginęła dawno temu. Jednak był
prawdziwy, stał przed grotą i śmiał się złowrogo, uderzając o
ziemię wielką jak dąb maczugą.
- Moja pan powiedzieć, że wy się zjawić – powiedział we wspólnym języku olbrzym – on kazać was zabić!
- Jakżeby inaczej – stwierdził Bełt celując ze swej kuszy wprost w głowę olbrzyma.
Pocisk
trafił potwora w głowę. Stwór złapał bełt i wyciągnął
niczym drzazgę. Roześmiał się tylko głośniej, po czym ruszył
na łowców z podniesioną do góry maczugą. Zamachnął się i
zdmuchnął całą trójkę z ziemi. Upadli, lecz nie przestali
walczyć. Strzały Martyny raz po raz trafiały prosto w głowę
olbrzyma, wkrótce jego łepetyna wyglądała, jak poduszka na igły, lecz nie przeszkadzało mu to jednak w dalszej walce. Tanwen podniosła
włócznię w górę i przebiła nią stopę wroga, ale i ta rana
była niczym dla olbrzyma z północy. Bełt próbował celować w
serce. Ciężki pancerz z początku nie chciał się dać przebić,
ale po kilku trafieniach jeden z bełtów dotarł w końcu w klatkę
piersiową.
- Głupcy ja nie mieć serca! - drwił rozbawiony olbrzym.
- Mózgu chyba też nie masz! - śmiała się dziewczyna strzelając dalej w głowę wielkoluda, przeskakując z drzewa na drzewo.
- Ja was zgnieść, jak robaki! - odrzekł wściekły olbrzym.
- Najpierw musisz nas złapać! – odkrzyknęły dziewczęta, ganiając dookoła zdezorientowanego olbrzyma.
Mahon
podszedł stwora od tyłu i wystrzelił dwa bełty w jego ścięgna.
Stwór upadł na ziemię, rozgniewany do granic możliwości walił
maczugą w każdą stronę, lecz nie udało mu się nikomu zrobić
krzywdy. Widząc, że olbrzym nie ruszy za nimi pognali wprost do
lasu, przeskakując płomienie ognia, które w tym miejscu były
najmniejsze.
Myśliwy
stanął w jednej chwili, wyczuł jaśmin, zapach który używała
księżniczka. Rozkazał uciekać dziewczynom, ale niechętnie
chciały spełnić polecenie wodza. Dopiero, kiedy obiecał, że nie
zabije mamy Tanwen, a jedynie sprowadzi ją przed oblicze sądu, obie
pobiegły w stronę stolicy.
- Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz niedźwiedziu – powiedział głos księżniczki pośród drzew.
- Jeżeli pójdziesz ze mną po dobroci to obiecuję, że staniesz przed sądem – powiedział myśliwy mierząc kuszą w stronę dobiegającego głosu.
- Nie sądzę, aby winy były mnie odpuszczone, kłamstwo może, zdradę i dezercję nigdy, znam prawo, sama je egzekwowałam – powiedziała księżniczka mierząc z łuku do Bełta.
Nasłuchiwali
siebie wzajemnie, jeden niepotrzebny szelest, jeden ruch za dużo, za
głośne bicie serca, czy zbyt wielki oddech mógł zaważyć o ich
życiu. Silniejszy wiatr zdmuchnął kilka popalonych liści z
granicy Leśnych Fortów, jeden z listków otarł się o skórę
wojowniczki i poleciał w stronę Bełta. Nie czekał na lepszą
okazję wypuścił zielony bełt ze specjalnym grotem, zrobionym z
kryształu górskiego. Silny pocisk przebijał wszystko na swej
drodze, czy to drzewo, czy kamień, aż dotarł do Adary, przebijając
jej skórę na wylot, tuż pod prawym obojczykiem. Ranna księżniczka upuściła
broń i zanim się zorientowała co się stało, sprawny myśliwy
naskoczył na nią i spętał ją jak ścierwaka, stworzenie na
które, często polowali mieszkańcy lasów.
Nie było
czasu, aby radować się z wygranego pojedynku, z groty wybiegły
następne olbrzymy, kilku piratów i największy spośród wszystkich
biesów, Siwy Gnat. Drzewa walczyły z olbrzymami próbując
zatrzymać pościg za myśliwym, lecz Gnata nie mógł dosięgnąć
żaden korzeń. Stwór był szybki, możliwe, że najszybszy w całym
lesie, unikał próbujących go spętać pnączy i korzeni, gnał,
jak w jakimś dzikim amoku, nie zważając na bitwę. Jego czerwone
ślepia wytropiły ofiarę i w końcu ją dopadł.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz