piątek, 1 sierpnia 2014

Czarodziej i Zosia - opowiadanie szesnaste


Poranek wstał przykryty płaszczem ciemnych, wiszących tuż nad ziemią i rozciągających aż za widnokrąg smoczych wyziewów. W tej gęstej od gazów mgle poruszali się bardzo szybko, lecz zarazem cicho Bełt i Martyna. Wydawało się, jakby dwa wilki gnały przez puszczę tropiąc swą ofiarę. W istocie tak było, szukali śladów księżniczki. Kiedy dotarli do cmentarzyska biesów, olbrzymich stworów przypominających przerośnięte psy, wiedzieli już, że Adara zdradziła. Tylko zdrajca mógł bezkarnie przemierzać tę okolicę pełną złowrogich potworów. Biesy nie oszczędzały nikogo, służyły smokowi, nie jeden zwiadowca stracił życie od ich pazurów i silnych szczęk.

Tego dnia las szumiał tak mrocznie, że mogło się zdawać, że nadchodzi kres świata. Strugi dymu unoszące się wokół Fortów otaczały las, nie pozwalając nikomu go opuścić. Demon był wściekły, miał jednak jeszcze jednego asa w rękawie, księżniczka przyłączyła się do siły ciemności, do Drako, a na dowód swej lojalności oddała w niewolę swą córkę, Tanwen. Z takim atutem, mógł swobodnie czekać na wrogów.

Kiedy dotarli do drogi pnącej się stromo ku Orlej Górze, którą zajął smok, wraz z garstką niedobitków swej armii, spostrzegli Tanwen, dyndającą w klatce tuż przed wejściem do groty, którą zapewne Drako obrał za kryjówkę.

  • Wyglądasz na przerażoną – powiedziała szeptem Martyna, kiedy zbliżyli się z ojcem do klatki – spokojnie wyciągniemy cię stąd.
  • Wcale się nie boję – odpowiedziała młoda księżniczka – trapi mnie coś innego, moja mama oddała mnie do niewoli, a sama przystąpiła do legionu.
  • Gdzie strażnicy? - spytał Bełt zdziwiony, że nikt jej nie pilnuje.
  • W jaskini, nie pilnują bo wiedzą, że biesy załatwią za nich sprawę.
  • A smok? - spytała Martyna – gdzie on jest?
  • Nie wiem, ale nie ma go tutaj, widziałam, jak wylatywał.
  • Nie zwlekajmy więc – powiedział Bełt i wytrychem otworzył zamek w klatce, uwalniając Tanwen.

W tej samej chwili usłyszeli złowrogie wycie, biesy wyczuły ich obecność. Ucieczka była niemożliwa, bestie dopadłyby ich w mgnieniu oka. Na szczęście Bełt i Martyna byli doskonałymi łowcami, znali naturę potworów. Tanwen chwyciła włócznie i ustawiła się przed Martyną i jej tatą, którzy celowali już z kuszy i łuku. Rozwścieczona horda puściła się do ataku. Stwory padały jak muchy, a te które jakimś cudem umknęły strzałom i bełtom naraziły się na włócznie i kocie ruchy młodej księżniczki.

Kiedy ostatni z psowatych padł, z jaskini dał się usłyszeć jeszcze groźniejszy odgłos. Cała trójka spojrzała na grotę, z której wynurzyła się gigantyczna postać. To był olbrzym, potwór który nie miał prawa istnieć, jego rasa wyginęła dawno temu. Jednak był prawdziwy, stał przed grotą i śmiał się złowrogo, uderzając o ziemię wielką jak dąb maczugą.

  • Moja pan powiedzieć, że wy się zjawić – powiedział we wspólnym języku olbrzym – on kazać was zabić!
  • Jakżeby inaczej – stwierdził Bełt celując ze swej kuszy wprost w głowę olbrzyma.

Pocisk trafił potwora w głowę. Stwór złapał bełt i wyciągnął niczym drzazgę. Roześmiał się tylko głośniej, po czym ruszył na łowców z podniesioną do góry maczugą. Zamachnął się i zdmuchnął całą trójkę z ziemi. Upadli, lecz nie przestali walczyć. Strzały Martyny raz po raz trafiały prosto w głowę olbrzyma, wkrótce jego łepetyna wyglądała, jak poduszka na igły, lecz nie przeszkadzało mu to jednak w dalszej walce. Tanwen podniosła włócznię w górę i przebiła nią stopę wroga, ale i ta rana była niczym dla olbrzyma z północy. Bełt próbował celować w serce. Ciężki pancerz z początku nie chciał się dać przebić, ale po kilku trafieniach jeden z bełtów dotarł w końcu w klatkę piersiową.

  • Głupcy ja nie mieć serca! - drwił rozbawiony olbrzym.
  • Mózgu chyba też nie masz! - śmiała się dziewczyna strzelając dalej w głowę wielkoluda, przeskakując z drzewa na drzewo.
  • Ja was zgnieść, jak robaki! - odrzekł wściekły olbrzym.
  • Najpierw musisz nas złapać! – odkrzyknęły dziewczęta, ganiając dookoła zdezorientowanego olbrzyma.

Mahon podszedł stwora od tyłu i wystrzelił dwa bełty w jego ścięgna. Stwór upadł na ziemię, rozgniewany do granic możliwości walił maczugą w każdą stronę, lecz nie udało mu się nikomu zrobić krzywdy. Widząc, że olbrzym nie ruszy za nimi pognali wprost do lasu, przeskakując płomienie ognia, które w tym miejscu były najmniejsze.

Myśliwy stanął w jednej chwili, wyczuł jaśmin, zapach który używała księżniczka. Rozkazał uciekać dziewczynom, ale niechętnie chciały spełnić polecenie wodza. Dopiero, kiedy obiecał, że nie zabije mamy Tanwen, a jedynie sprowadzi ją przed oblicze sądu, obie pobiegły w stronę stolicy.

  • Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz niedźwiedziu – powiedział głos księżniczki pośród drzew.
  • Jeżeli pójdziesz ze mną po dobroci to obiecuję, że staniesz przed sądem – powiedział myśliwy mierząc kuszą w stronę dobiegającego głosu.
  • Nie sądzę, aby winy były mnie odpuszczone, kłamstwo może, zdradę i dezercję nigdy, znam prawo, sama je egzekwowałam – powiedziała księżniczka mierząc z łuku do Bełta.

Nasłuchiwali siebie wzajemnie, jeden niepotrzebny szelest, jeden ruch za dużo, za głośne bicie serca, czy zbyt wielki oddech mógł zaważyć o ich życiu. Silniejszy wiatr zdmuchnął kilka popalonych liści z granicy Leśnych Fortów, jeden z listków otarł się o skórę wojowniczki i poleciał w stronę Bełta. Nie czekał na lepszą okazję wypuścił zielony bełt ze specjalnym grotem, zrobionym z kryształu górskiego. Silny pocisk przebijał wszystko na swej drodze, czy to drzewo, czy kamień, aż dotarł do Adary, przebijając jej skórę na wylot, tuż pod prawym obojczykiem. Ranna księżniczka upuściła broń i zanim się zorientowała co się stało, sprawny myśliwy naskoczył na nią i spętał ją jak ścierwaka, stworzenie na które, często polowali mieszkańcy lasów.

Nie było czasu, aby radować się z wygranego pojedynku, z groty wybiegły następne olbrzymy, kilku piratów i największy spośród wszystkich biesów, Siwy Gnat. Drzewa walczyły z olbrzymami próbując zatrzymać pościg za myśliwym, lecz Gnata nie mógł dosięgnąć żaden korzeń. Stwór był szybki, możliwe, że najszybszy w całym lesie, unikał próbujących go spętać pnączy i korzeni, gnał, jak w jakimś dzikim amoku, nie zważając na bitwę. Jego czerwone ślepia wytropiły ofiarę i w końcu ją dopadł.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz