Z
drzew opadały wszystkie liście i zrobiło się bardzo chłodno.
Gęste, ciemne chmury zasłoniły słońce. Wszystko wskazywało, że
pora jesieni już mija, a wkrótce nastanie zima. Chłodne wschodnie
wiatry uderzały o mury zoo, odbijały się i zaglądały do
pobliskiego lasku. Zimny chłód
uderzał o ziemię i wznosił w powietrze liście. Niczym małe
tornado zakręcał nimi w powietrzu, po czym z powrotem układał je
na ziemi.
To był znak
dla łowcy, który mieszkał daleko na zachodzie, za czerwonym murem
ogrodu, opodal tego właśnie małego lasku. Nie miał imienia, polne
myszy zwały go Zjawą bo potrafił przemieszczać się niezauważony
i porywał raz na jakiś czas któreś z nieuważnych piskląt, czy
myszek. Mieszkał w norce, do której prowadził długi wąski tunel,
nie sprawiało mu jednak trudności dostać się do swego legowiska
bo był długi i ślizgi, jak zresztą przystało na węża. Nie był
jednak już młody, a lata dawały się mu we znaki. Co raz częściej
aby zdobyć coś na ząb, musiał uciec się do swej przebiegłości,
a nie tak jak kiedyś do szybkości i zwinności. W dodatku w lasku
nie było już nic do jedzenia, a zima tuż za pasem. Postanowił
więc, że uda się na długi spacer, aż za czerwony mur. Myślał,
że może tam znajdzie coś smacznego do jedzenia.
Pełznąc
koło muru, zauważył dziurę, którą prześliznął się do środka
zoo. Ukryty pod stertą, świeżo zagrabionych liści szukał ofiary.
Rozejrzał się w prawo, a tam małe krokodylki bawiły się w
sadzawce. Pomyślał, że mogą być z nich smaczne szaszłyki ale
może lepiej nie ryzykować bo w pobliżu jest ich mama, a z tą
lepiej nie zadzierać. Krokodyla mama była olbrzymem w porównaniu
do węża, a poza tym jej ostre zębiska wcale nie zachęcały do
podjęcia takiego ryzyka. Zjawa obrócił głowę w lewo, w stronę
ptasich klatek. O te wyglądają na łatwą zdobycz – pomyślał.
Zbliżył się do klatki ale ta wisiała za wysoko. Kolejne
niepowodzenie – pomyślał – czy nie ma na tej stołówce czegoś
co mogę zjeść.
Zmęczony
nieudanym polowaniem, już miał udać się z powrotem do domu, gdy
nagle ujrzał wielką skałkę, a na niej gniazdo i małego orzełka.
- No wreszcie podano kolację – powiedział radośnie wąż, po czym zbliżył się do skałki. Próbował na nią wejść ale głodny nie miał sił i za każdym razem, gdy był już blisko malca, to ześlizgiwał się na dół - trzeba wymyślić coś innego.
- Hej mały! - wołał wąż ale robił to nie za głośno, tak aby nikt go nie zauważył. Wiedział, że jakby mama pisklaka dowiedział się, że próbuje wykraść jej dziecko, to zapewne sam stałby się kolacją.
- Kto tam – pytał zaciekawiony, mały orzełek.
- To tylko ja, wujek... Zdziś sssy– rzekł przebiegły wąż – jestem znajomym twojej mamy, znamy się prawie od jajka sssy..
- Mama nic nie mówiła, że będziemy mieli gości – powiedział malec.
- Tak, bo to niespodzianka sssy... - powiedział wąż.
- Aha, ale mi to nie wolno tu nikogo wpuszczać – rzekł mały orzełek wychylając głowę z gniazda.
- No co ty, wujka nie wpuścisz, starego znajomego mamy sssy... – mówił dalej wąż - poczekamy razem w gnieździe, na twoją mamę, a tymczasem pokaże ci co dla ciebie przyniosłem w prezencie sssy...
- Masz dla mnie prezent, pokaż! - ucieszył się orzełek. Wąż, pokazał mały woreczek zaczepiony na końcu ogona – w środku jest coś dobrego, tylko dla ciebie. - Dobrze możesz wejść, w końcu jesteś znajomym mamy – stwierdził malec, nie spuszczając woreczka z oczu.
- Ale musisz mi pomóc, bo jestem już stary i sam się nie wdrapie na górę – powiedział wąż – spuść mi jakiś kijek, a ja się na niego wślizgnę. Orzełek podciągnął węża do góry, po czym poprosił o woreczek.
- Zobacz do środka, tam jest niespodzianka dla ciebie sssy... – powiedział wąż, otwierając woreczek. Orzełek zajrzał do środka, a wąż wepchnął go do środka i zawiązał – ha, ha – zaśmiał się złośliwie i zeskoczył na dół. Nie mógł zjeść orzełka na miejscu bo po tak sytym posiłku nie miałby siły uciec. Postanowił więc porwać malca i zjeść go w domu.
Z ciężkim
workiem na grzbiecie, nie dało się zbyt szybko uciekać, w dodatku
radość ze zdobyczy sprawiła, że łowca stał się nierozważny i
zamiast ukrywać się pod liśćmi pełznął ścieżką. Natychmiast
zauważyła go orla mama i jej starszy syn Pawełek, którzy wracali
właśnie z lekcji latania.
- A dokąd to się pan spieszy, panie wężu? – zapytała mama.
- Idę sobie do domu, po tym jak zwiedziłem zoo sssy– szybko odpowiedział, nieco zmieszany wąż.
- Mamo ratunku! - krzyknął piskliwy głosik w worku.
- Mama, małego nie ma w gnieździe – powiedział Pawełek, który wylądował aby chwileczkę odpocząć.
- Otwieraj worek zarazo! - Krzyknęła orla mama, tak gniewnie, że Zjawia mało co się nie popłakał. Ze strachu rzucił worek i pognał w stronę muru. Nie zdążył jednak prześliznąć się przez szparę w murze bo z powietrza w ostre pazury pochwycił go Pawełek. Mama uwolniła malca i zaniosła go z powrotem do domu.
- Mama, a co z tym potworem? – zapytał Pawełek, ściskając tak mocno węża, że zrobił się czerwony.
- Może go zjemy – zaproponowała mama – albo lepiej nie, jeszcze się pochorujemy, wrzuć go to akwarium z innymi wężami. Pawełek zrobił jak powiedziała mama.
Zjawa
stał się niezłą atrakcją dla odwiedzających, którzy nigdy nie
widzieli tak starego i pomarszczonego węża i chociaż dyrektor
zastanawiał się skąd właściwie się wziął nowy zwierzak, to w
głębi duszy cieszył się ponieważ nowy stwór budził spore
zainteresowanie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz