piątek, 4 kwietnia 2014

Piraci, pomarańcze i opowieść bosmana

Pewnego razu, po pewnym morzu płynął niewielki okręt z handlarzami pomarańczy na pokładzie. Kupcy chcieli sprzedać owoce na targowisku, na pobliskiej wyspie.  

Okręt był pomalowany ciemną brązową farbą, wyglądał pięknie, szczególnie biało-niebieskie żagle, w które zawzięcie dmuchał wiatr. Zielone szalupy zawieszone były po obu stronach burt. Było ich sześć. W ostatniej z nich, tuż przy kotwicy chował się majtek. Nie chciało mu się szorować pokładu, więc leżał sobie w łodzi i patrzył w niebo, po którym wędrowały białe chmury niczym stado owiec pędzące na noc do zagrody.



Nagle wspaniały widok przesłonił chłopcu, czarny cień kapitana.
  • Znowu się obijasz leniu! - krzyknął zezłoszczony brodacz.
  • Ja tylko... czyściłem szalupę – próbował się wybronić młodzieniec. Kapitan jednak znał dobrze wymówki swego mało robotnego podwładnego.
  • Żadnego z ciebie pożytku obiboku! - wrzasnął jeszcze głośniej kapitan, po czym pociągnął chłopca za ucho wprost do kajuty, gdzie czekało na niego wiadro ziemniaków do oskrobania – tylko żeby to nie trwało cały dzień - powiedział kapitan, po czym skierował się w stronę drewnianej beczki stojącej na pokładzie, gdzie na chwilę odstawił swoją ulubioną fajkę.
Stary Egon widząc całą tą sytuację wybuchnął śmiechem. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie surowego wyrazu twarzy kapitana, aby bosman się uciszył. Egon odwrócił się a jego zmęczone oczy spostrzegły na horyzoncie żółtawo-zielony punkt.
  • Ląd na horyzoncie! - krzyknął, po czym spojrzał jeszcze raz na kapitana, aby wysłuchać jego rozkazów.
  • Zwinąć żagle, przygotować się, schodzimy na ląd! - powiedział kapitan, ubierając kapelusz z wielkim pawim piórem.
  • Słyszeliście kapitana, wszyscy do szalup, zostaje tylko Egon i Roberto, popilnujecie łodzi – powiedział Aleksander, młody chociaż bardzo zdolny pierwszy oficer.
  • A czy mógł bym zejść z wami? - zapytał Roberto, ale widząc ten sam surowy wyraz twarzy, który kapitan sprzedał przed chwilą bosmanowi, natychmiast wycofał swoje pytanie i ukrył się w cieniu kajuty, aby dokończyć skrobanie ziemniaków.
  • Wrócimy za parę godzin, dopilnuj aby młody nie puścił z dymem łajby! - powiedział kapitan kierując słowa do Egona. Bosman nie wiedział, czy ich wódz żartuje, czy mówi poważnie, ale załoga nigdy tego nie wiedziała. Kapitan często miewał humory i trudno było odgadnąć jaki jest jego prawdziwy stan ducha.
Załoga załadowała pomarańcze do szalup. Kapitan spojrzał jeszcze raz na Roberto i kiwając palcem dał mu znak, aby ten nie wykręcił jakiegoś numeru. Majtek trochę się zmieszał ale kiwnął głową, że rozumie i będzie grzeczny.

Kiedy łodzie zniknęły im z oczu, a chłopak skończył obierać ostatniego ziemniaka, podszedł do niego bosman.
  • Zalej je wodą – powiedział Egon, wziąwszy do rąk gitarę.
  • Dlaczego nie zacumowaliśmy w porcie? - zapytał młodzieniec, wlewając wodę do ziemniaków.
  • Kapitan nie lubi się z tutejszym gubernatorem, zdaje się że pokłócili się kiedyś o znaczną sumkę – odrzekł stary marynarz przygrywając wesołą szantową melodię, na swej nieco już sfatygowanej gitarze.
  • Słyszałem coś innego – szepnął jakby do siebie Roberto – podobno chodziło o kobietę. Słyszałem, że gubernator ukradł naszemu kapitanowi narzeczoną.
  • Plotki, nie słuchaj wszystkiego co te szczury lądowe wygadują – mówił Egon uśmiechając się przy tym, tak że widać było brakującego zęba na przodzie – znam kapitana Edwarda od lat, służyłem z nim na okręcie liniowym, kiedy pływaliśmy dla królowej. Jego jedyną miłością jest morze, a narzeczoną morski wicher.
  • Szkoda, myślałem, że opowiesz mi jakąś ciekawą historię o naszym kapitanie – powiedział zawiedziony chłopiec.
  • Chcesz posłuchać historii, o naszym kapitanie? Dobrze, więc ci ją opowiem – rzekł bosman odkładając gitarę.
    - Było to dwadzieścia lat temu, najęliśmy się do ochrony hiszpańskiego galeona, jak on się nazywał... „Duma królowej” zdaje się. Młody Edward i ja byliśmy oficerami pod sławnym kapitanem Adamem Smithem. Pewnie o nim słyszałeś. Anglik. Pływał jednak dla tego, kto więcej płacił, zresztą nie tylko on był w tych czasach korsarzem, a przyznać trzeba, że korona sporo płaciła za głowy piratów.
    W każdym razie zmierzaliśmy w stronę Hiszpanii, prosto z Karaibów, gdzie obłowiliśmy się zatapiając siedem pirackich okrętów. Galeon, który eskortowaliśmy wypełniony był złotem i drogocennymi kamieniami, nie mogliśmy więc płynąc zbyt szybko, poza tym oba statki eskorty zostały dość mocno uszkodzone. Modliliśmy się aby nie znalazła nas flota Rudobrodego, a nie składała się ona ze slupów, tylko z ogromnych, dobrze uzbrojonych okrętów wojennych. Jak Rudobrody wszedł w ich posiadanie, tego nikt nie wiedział, ale to nie było aż tak ważne.
Nasze trzy okręty przecinały morskie fale sunąc tak szybko, jak to było tylko możliwe i wtedy ujrzeliśmy je... straszne... czarne okręty, z czarnymi flagami na masztach. Każdy na pokładzie obładowany stu szesnasto-funtowymi działami. Mieli dwa razy więcej statków i ludzi niż my, a w dodatku naszych nie zdążyliśmy jeszcze naprawić.

Kapitan Adam spojrzał z wielkim spokojem na Edwarda i dał znak do ataku. Obaj pomyśleliśmy, że to szaleństwo i chyba nic bardziej niemądrego nie mogło mu przyjść do głowy. Mimo to skierowaliśmy nasze dwie jednostki w stronę pirackich. Tymczasem Smith i „Duma królowej” nie zmieniła kursu. Wyrzucili wszystko co było zbędne za burtę, pozbyli się nawet połowy skarbów, zostawiając je na morzu, na łodziach. Kapitan liczył pewnie, że jeżeli nie my, to złoto zatrzyma piratów. Dał jednak nogę, a nas wystawił... tchórz...

Kiedy dam znak zrobicie dokładnie to co ja i nie przestraszycie się, cokolwiek wypłynie nam na przeciw” - powiedział wtedy Edward. Pomyślałem, że miło będzie skończyć u boku tak odważnego towarzysza. Kiedy zbliżyliśmy się dość blisko, Edward zaczął się rozbierać, zdziwiło nas jego zachowanie, ale zrobiliśmy to samo.
Teraz tańczcie, Egon graj i śpiewaj towarzyszu, wszyscy mają się dobrze bawić” - oszalał pomyślałem, ale z drugiej strony i tak nie mieliśmy szans, zacząłem grać na tej mojej gitarze, a wszyscy niczym tresowane małpy w cyrku, podskakiwali na golasa i śpiewali.

Wtedy zdarzyło się coś niesamowitego. Do dziś pamiętam minę Rudobrodego i jego załogi, kiedy przepływali obok naszych statków. Pomyśleli pewnie, że powariowaliśmy, a może że jesteśmy chorzy, tak czy inaczej nie atakowali. Gapili się tylko z pootwieranymi gębami. Widok musiał być rzeczywiście niecodzienny, tak czy inaczej zostawili nas w spokoju, wyłowili złoto i popłynęli z powrotem na Tortugę do swej pirackiej siedziby.

Cieszyliśmy się jak dzieci, że udało się nam wyjść z tego bez szwanku. Kilka dni później dopłynęliśmy do Hiszpanii. Edward żądał satysfakcji na Adamie, ale ten był już nie od ruszenia. Za zasługi i złoto, wynagrodziła go królowa, otrzymał tytuł gubernatora i od tej pory zaczął się ich wielki spór, który trwa aż po dzisiejszy dzień.
Oto i cała historia.
  • Wiec dlatego musimy się zakradać na tą wyspę – powiedział Roberto - teraz już rozumiem.
  • Nic nie rozumiesz młody – powiedział Egon – a teraz pomóż mi opuścić żagle.
  • Już? Nie czekamy aż wrócą? - pytał zdziwiony majtek.
  • Właśnie wchodzą na pokład, tak się zasłuchałeś, że nawet nie zauważyłeś kiedy podpłynęli – zaśmiał się bosman.
Załoga weszła na pokład ale w towarzystwie zakapturzonej, nieznanej Roberto osobie.
  • Udało się sprzedać pomarańcze kapitanie? - zapytał Egon, pomagając wejść na pokład kapitanowi.
  • Tak, nieźle się obłowiliśmy! - powiedział uradowany kapitan, Roberto pierwszy raz widział uśmiech na jego twarzy.
  • Witaj Egonie – powiedziała śliczna kobieta zdejmując kaptur z głowy.
  • Witam cię pani, kupę lat – odpowiedział grzecznie Egon, po czym pobiegł do sterów, a za nim młody marynarz.
  • Czy to nie narzeczona gubernatora? - zapytał chłopak, co raz mniej rozumiejąc.
  • Właściwie to jestem narzeczoną Edwarda, a Adam mnie porwał i przetrzymywał wbrew mojej woli – powiedziała dziewczyna, usłyszawszy pytanie majtka.
  • Ale... to nie przybyliśmy tu po pieniądze? Ja nic nie rozumiem – oświadczył chłopak trzymając się za głowę.

    Kapitan podrzucił w górę swój kapelusz, wziął duży łyk rumu i krzyknął:
  • Kotwica w górę i cała na przód, po nową przygodę! 
  • Słyszeliście bando obiboków, do roboty! - wrzasnął bosman i mocno szarpnął ster, odbijając statek od brzegów wyspy.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz