Na szczycie
kamiennej wieży, znajdował się okrągły dach z żelaznym kogutem
na samym środku. Tego dnia pogoda nie była zbyt ładna, a kogut kręcił
się w szalonym tempie. Drzewa tańczyły poruszane przez wicher, raz
po raz gubiąc swoje piękne, zielone liście. Od starej budowli
odbijały się krople deszczu, po czym spływały w dół po małej
skarpie i kończyły swoją podróż wpływając do małego strumyka.
Zosia
siedziała w bibliotece oglądając obrazki w jednej z książeczek.
Dziewczynka zafascynowana pięknymi ilustracjami nawet nie zauważyła,
kiedy na dworze zrobiło się ciemno. Tymczasem jej nowa mama,
dokładała drewna do marmurowego kominka, wpatrując się w córkę
i myśląc o tym, że nie mogło się w jej życiu wydarzyć nic
równie pięknego, jak pojawienie się Zosi. Usiadła przy małej i
razem przeglądały najciekawsze bajki, podczas gdy bibliotekarz
odpoczywając w swoim ulubionym fotelu, czytał jedną ze ulubionych
powieści przygodowych.
Nastała
jednak noc, a Zosia poszła do swej komnaty aby położyć się spać.
Nie mogła jednak zasnąć, przeszkadzał jej, jakiś dziwny hałas
dochodzący z wnętrza piwnicy, pod wieżą. Cichutko, aby nie
zbudzić swoich nowych opiekunów, podreptała do kuchni, gdzie było
wejście na dół. Odchyliła drewnianą kładkę, delikatnie ciągnąc
za przywiązany do niej sznur. - Ten hałas dochodzi ze środka –
powiedziała cichutko do małego konika polnego, którego schwytała
zeszłej soboty, bawiąc się w ogrodzie czarodzieja, swojego taty –
ciebie też ciekawi co to za dźwięki wydobywają się z piwnicy?
Konik nie odpowiedział, ale poruszył delikatnie główką, co Zosia
rozumiała jako potwierdzenie. Trzymając w jednej dłoni świecę, a
w drugiej świerszcza, powoli schodziła prostymi schodami w dół.
Ściany
pełne były pajęczyn, a na dole było trochę duszno, w dodatku
Zosia była uczulona na kurz, którego tutaj nie brakowało. Zaczęło
się jej mocno kręcić w nosie, wytrzymała jednak i kichnęła
dopiero, gdy znalazła się na samym dole. „A psik!” - kichnęła
mała, z tak wielką siła, że zdmuchnęła płomień świecy.
- O nie, teraz nic nie widzę – powiedziała wycierając nos w rękaw, jak to miała w zwyczaju.
- Czekaj zapale ci świece – powiedział jakiś obcy głosik.
- Aaaa! - wrzasnęła wystraszona dziewczynka. Na ten przeraźliwy krzyk, zareagowała niemal błyskawicznie Justyna, która wbiegła ze świecznikiem za Zosią.
- Nie bój się Zosiu, to tylko Misia, nasza druga córeczka. - Powiedziała mama.
- Ale ona jest niedźwiadkiem – powiedziała zdziwiona dziewczynka przypatrując się brązowemu, puszystemu futerku Misi.
- Nie bój się, ja nie gryzę, no chyba, że jestem głodna – zażartowała niedźwiedzica.
Nie był to
zwyczajny miś, bo ten miś chodził na dwóch łapach, a w dodatku
mówił ludzkim głosem. Z drugiej strony dziewczynka została
przywołana z książeczki dla dzieci, może i Misia pochodziła z
jakiejś bajki.
- Nie mówiliśmy ci o Misi, ponieważ tata nie znalazł jeszcze zaklęcia, które przywróci jej normalną postać – mówiła mama głaszcząc niedźwiedzią dziewczynkę po kudłatej główce – widzisz, dawno temu, kiedy magia była silna żyła sobie czarownica, która nie cierpiała śmiechu dzieci. Misia zbierając jagody w lesie, w którym mieszkała wiedźma, bawiła się bardzo wesoło, co zdenerwowało starą czarownice. Rzuciła na nią urok, a potem znalazł ją mój mąż, zbierając składniki do jakiejś mikstury... nie pamiętam jakiej... wziął małą i zaprowadził do czarownicy. Zażądał aby odczyniła urok, ale zła kobieta nie zgodziła się, wówczas czarodziej odebrał jej całą moc.
- A potem zamieszkaliśmy razem – powiedziała Misia, wpatrując się w Zosie swymi małymi, czarnymi oczkami.
- Tak właśnie było – rzekła mama. – Wacław postanowił wtedy, że odbierze magię każdemu, kto posługuje się nią w złej wierze – dodała Justyna podając dzieciom po cukierku, które trzymała w kieszeni szlafroka.
- Tata mówił, że jest ostatnim czarodziejem, czy to znaczy, że odebrał moc wszystkim innym? - zapytała ciekawska Zosia wkładając karmelka do buzi.
- Tak, nie ma już więcej magów, ani czarodziejów, wasz tata jest ostatnim, który posiada magiczną moc – powiedziała mama wesołym głosem. Strasznie nie lubiła czarów, wiązała się z tym jakaś historia, ale nie chciała jej na razie opowiedzieć. Zabrała dziewczynki na górę do kuchni i zamknęła kładkę.
- Właściwie to miałyście się poznać dopiero jutro, ale skoro już się spotkałyście to nie widzę przeszkód abyście zamieszkały razem w jednej komnacie – rzekła mama przygotowując kakao dziewczynką – wypijcie kakao i idźcie spać, jutro się okaże, czy Wacławowi udało się znaleźć zaklęcie, które odczyni urok.
Wszyscy
położyli się spać, z wyjątkiem oczywiście bibliotekarza, który
z zawziętością równą dziecku, które próbuje stawiać pierwsze
kroki, przeglądał stare manuskrypty szukając odpowiedniego
zaklęcia.
Rano okazało
się, że mu się udało. Nie czekając nawet na to aby Misia się
obudziła, wypowiedział prastare zaklęcie. Szaro-zielone światło
otoczyło czarodzieja i całą komnatę, w której spały
dziewczynki.
- Coś poszło nie tak – powiedział wpatrując się w zwój – może trzeba było doczytać do końca. Czytając zaklęcie do końca, zauważył jeszcze tekst napisany drobnym maczkiem.
„Kto
odczynia czar, przekaże część swojej mocy każdemu kto jest w
pobliżu.”
- Świetnie, dobrze że o takich rzeczach jak zwykle piszą na samym końcu – powiedział wściekły czarodziej, po czym pognał, jeżeli można w ogóle tak powiedzieć o tempie w jakim poruszał się staruszek, pognał w prost do biblioteki po najważniejszą z ksiąg - „Awaliajską sztukę przechwytywania magii”. Złapał księgę i wrócił do córek. Wypowiedział kolejne słowa w starożytnym języku.
- Udało się, w końcu się udało! - krzyknął radośnie czarodziej, przytulając żonę, którą obudziły wrzaski – co prawda utraciłem sporo mocy, ale było warto – powiedział patrząc na Michalinę, która zrzuciła z siebie futro, a jej ciało zaczęło przybierać stopniowo ludzką postać.
- Znów jestem sobą! - ucieszyła się dziewczynka, oglądając swoje rączki i podziwiając długie, chude nóżki – dziękuje, dziękuje ci z całego serca tatusiu – dodała całując starego czarodzieja w pomarszczone czoło.
Wkrótce
dziewczynki bawiły się razem w ogrodzie. Justyna i Wacław
spacerowali w tym czasie między grządkami ziół.
- Jest jeden mały problem kochana – powiedział z minom bardzo strapioną.
- Jaki problem, odczyniłeś urok, a mała jest znów dziewczynką – uśmiechnęła się do męża – co mogło pójść nie tak?
- Widzisz część mojej mocy utraciłem w czasie odczyniania uroku, a druga część zniknęła całkowicie – mówił ze spuszczoną głową.
- Czy to znaczy, że nie masz już w ogóle mocy, to fantastyczna wiadomość! – powiedziała Justyna podskakując z radości – w końcu zniknie magia z tego świata i będzie można normalnie żyć. Czary to główna przyczyna kłopotów, skoro zniknęły to znaczy, że znikną także wszelkie z nią związane troski.
- Widzisz miłości, to nie takie proste... ona nie zniknęła całkiem – powiedział zmartwiony były mag.
- To, gdzie się podziała? - zapytała Justyna, a w jej oczach pojawiła się troska.
- Misia i Zosia otrzymały dar magii – wyszeptał bibliotekarz, wpatrując się w rosnący nieopodal krzak lawendy.
- Co takiego! - krzyknęła zezłoszczona Justyna – zrób coś, one nie mogą... wiesz co uczyniłeś... zaraz masz to odkręcić! - mówiła Justyna połamanym ze złości i strachu głosem.
- Nie mam już mocy, jedyne co mogę zrobić to nauczyć je jak z nią żyć, aby nie szkodziły innym – mówił czarodziej – dziś mamy księżyc w kształcie rogala, będę mógł sprawdzić jak wielką mocą obdarowała je księga.
Żona nie
odzywała się do niego przez resztę dnia, dopiero w nocy kiedy
wszyscy zasiedli do wspólnej kolacji, złość ustąpiła strachowi.
Wiedziała jak wielkim darem jest magia, ale wiedziała również jak
wielkim jest ona brzemieniem. Mieszkali na odludziu, nie chcieli aby
ludzie wytykali ich palcami. Wieśniacy bali się czarowników i
wszystkiego, co związane z czarami.
Wacław
postawił na stole kilka przedmiotów: drewniany kostur – symbol
magii przywołania, kryształ – symbol magii światła, siarkę –
symbol alchemii, oraz trzy przedmioty związane z magią natury:
kamień – symbol magii ziemi, kielich z wodą – magia wody,
świecę – magię ognia. Poprosił aby dziewczynki kolejno
przeciągnęły prawą dłonią nad tymi przedmiotami.
Michalina
powoli poruszała rączką nad rzeczami na stole, ale nic się nie
działo, aż do momentu kiedy dłoń znalazła się nad świecą,
wtedy płomień zrobił się dziesięciokrotnie większy.
- A więc ogień, mogło być gorzej, nad tym żywiołem łatwo zapanować – uspokajał żonę bibliotekarz.
Nadszedł
czas na Zosie. Poruszała dłonią nad każdym z przedmiotów, ale
kompletnie nic się nie wydarzyło. „Czyżby moc na nią nie
spłynęła?” - pomyślał staruszek. Jednak kiedy blask księżyca
padł przez okiennice wprost na Zosie, zdarzyło się coś dziwnego.
Otworzyły się drzwi, a do środka wleciał wiatr i tworząc mały
cyklop wzniósł do góry wszystkie pozostałe przedmioty.
- Zapomniałem o czwartym żywiole! – powiedział Wacław – Zosiu zatocz w powietrzu koło, dwa razy! Szybko!
Zosia
zrobiła dwa kółeczka, a wiatr nagle ustał.
- Niesamowite, od stuleci nie było czarodzieja, władającego magią wiatru – powiedział podniecony starzec, ale jego zapał opadł, kiedy Justyna szarpnęła jego pas. Widział, że wszystkie się boją, skończył więc test na sprawdzenie siły magii, jaką otrzymały dziewczynki i sięgnął po starą baśń, aby je uspokoić. Czytał przez kilka godzin, aż wszystkie kobiety w tym domu zapadły w sen. Zaniósł je do łóżeczek, po czym zmożony tym ciężkim dniem, również się położył.
Dziewczynki
leżały w swoich pachnących sosną łóżeczkach, kiedy Zosi
przyszło do głowy, coś co nie pozwalało jej zmrużyć powieki.
- Misio, a tak w ogóle to co ty wtedy robiłaś w piwnicy? - zapytała mała odwracając głowę w stronę siostry.
- Żartujesz, jeszcze pytasz? Przecież tam mama trzyma wszystkie smakołyki – uśmiechnęła się Misia – wyjadałam miodowe pierniki.
Po tych
słowach obie zasnęły i śniły o nowych przygodach, ogrodzie z
ziołami i rodzicach. Cdn...
Super bajeczka. Już nie mogę doczekać się kolejnej części.
OdpowiedzUsuń