Pewnego
razu, na Bydgoskim rynku, wylądował latający spodek. Wysiadły z
niego dwa ufoludki. Ubrane były w srebrne kombinezony. Patrzyły na
ludzi, którzy zgromadzili się dookoła ich statku kosmicznego, a
ludzie przyglądali się tej niezwykłej parze. Ludzie fotografowali
niezwykłych przybyszów swoimi telefonami i aparatami, gdy nagle
jeden z gapiów zauważył, że ufoludek stojący bliżej ratusza
trzyma coś w swej zielonej dłoni.
- Uwaga on ma broń! – krzyknął wystraszony i zaczął uciekać w stronę mostu, jak najdalej od obcych z kosmosu. Za jego przykładem poszli wszyscy gapie, krzycząc w wielkiej panice. Jeden z ludzi obserwujących całe to widowisko był policjantem, wezwał na pomoc swoich kolegów i wojsko. Żołnierze i policja otoczyli statek i przybyszów z kosmosy. Wymierzyli w nich nawet broń.
Wtedy jeden
z ufoludków podniósł urządzenie, które trzymał w ręku i
skierował w stronę ratusza. Dziwne, białe światło otoczyło
okolice. Przestraszony dowódca policji dał komendę do strzału,
myśląc że ufoludki chcą zniszczyć ich piękne miasto. Żaden
pocisk jednak nie zranił nawet przybyszów. Otaczało ich dziwne
pole, które zmieniało pociski w pył.
- Naboje im nic nie robią! - krzyknął jeden z żołnierzy.
- Patrzcie jeden z nich celuje w nas, tym czymś! – Powiedział kapitan – to chyba broń, wszyscy kryć się! Po komendzie oficera, policjanci i żołnierze ukryli się w kamienicach i w małych uliczkach za rynkiem. Dziwne światło znów rozbłysło, odbijając się od kamienic otaczających bydgoski rynek.
Kiedy
nikogo, prócz dwóch kosmitów nie było już na Starym Rynku, jeden
z nich powiedział:
- Zrób jeszcze zdjęcie Katedrze Stasiu, babcia się ucieszy.
- Dobrze Marysiu, faktycznie bardzo ładny zabytek – powiedział drugi z ufoludków.
- Ale Ci ludzie są dziwni, prawda Stasiu? – powiedziała kosmitka, podziwiając okienko, w którym pojawił się Twardowski i głośny diabelski śmiech.
- Masz rację kochana ale przynajmniej już nie rzucają w nas oszczepami, jak kiedyś – mówił dalej kosmita – może jak przylecimy tu na wakacje, za kolejne tysiąc lat, to wówczas uda się nam nawet z nimi porozmawiać.
- Zbierajmy się już, chcę zobaczyć jeszcze Meksyk i może zatrzymamy się po jakieś owoce do sałatki, na Karaibach – zaproponowała ufoludkowa.
Statek
oderwał się od ziemi i odleciał, a wtedy ludzie wyszli z
ukrycia.
Nikt jednak
nie myślał o tym co właściwie przed chwilą zaszło, wszyscy po
prostu wyciągnęli ponownie telefony i tłumaczyli się swoim
szefom, małżonką, krewnym i innym znajomym, dlaczego się spóźnią do pracy, czy na obiad.
O tak, odwiedziny za tysiąc lat to rozsądny termin ;-)
OdpowiedzUsuńTeż tak myślę, wcześniej nie ma co :)
Usuń