W starej
wieży, na pustyni dawno zapomnianej przez ludzi, mieszkał stary
bibliotekarz i jego żona. Nie był to jednak zwyczajny bibliotekarz,
był on również czarodziejem. Jego dom wyglądał jak wielka
biblioteka, księgi leżały dosłownie wszędzie, nie tylko na
regałach ale także na podłodze, na łóżku, na kredensie, a nawet
w koszu na bieliznę, niektóre zawędrowały nawet do ogrodu.
Bibliotekarz nigdy nie odkładał ich na swoje miejsce, wiedział że
to nie ma sensu, gdyż księgi w jego wieży różniły się od
naszych, zwyczajnych książek. Głęboko pod wieżą zakopany pył
klejnot, który sprawiał, że książki ożywały, a kiedy z nieba
spadała gwiazda, mag mógł sprowadzić dowolną postać do swego
świata.
Tej nocy na
niebie pojawiła się spadająca gwiazda. Czarodziej postanowił
przywołać jakiegoś wspaniałego bohatera. Długo myślał kogo
wybrać aż postanowił przywołać innego maga, z którym mógłby
podzielić się swoją wiedzą i mocą. Zabrał się więc za
szukanie odpowiedniej opowieści, nie było to jednak łatwe bo
wszystkie księgi latały po wieży i nie chciały dać się
schwytać. Starzec chwycił siatkę na motyle, wskoczył na biurko i
mocno się zamachnął. – Udało się! - krzyknął rozradowany,
gdy udało mu się pochwycić powieść o sławnym czarodzieju
Merlinie. Zaczął wypowiadać zaklęcie, które miało przywołać
maga z książki, gdy nagle do pokoju weszła jego żona.
- Kochany przyniosłam kawę i twoje ulubione ciasteczka – powiedziała kobieta.
- Nie teraz, nie widzisz że jestem zajęty – powiedział mag – próbuje przywołać Merlina.
- Lepiej przywołał byś nowe okna do wieży, bo przez te stare wlatuje wiatr – powiedziała żona bibliotekarza kładąc kawę i ciastka na biurku, tuż obok księgi, którą mag zamierzał zaczarować.
- Wyjdź proszę kochana bo przeszkadzasz, a muszę dokończyć to zaklęcie – rzekł staruszek głaszcząc się po swej siwej brodzie.
- Czary, zaklęcia, żadnego z tego pożytku – powiedziała kobieta wychodząc z komnaty.
Czarodziej
miał dokończyć zaklęcie ale zapach świeżo upieczonych ciastek
był niezwykle kuszący. Wziął więc jedno z nich i schrupał ale
zrobił się tylko jeszcze bardziej głodny, sięgnął więc po
jeszcze jedno i jeszcze jedno i tak aż do ostatniego ciasteczka,
temu jednak też nie zamierzał podarować. Kiedy jednak jego ręka
miała złapać ostatni ze smakołyków, niechcący przewrócił
talerzyk z ciasteczkiem na podłogę. Schylił się by je podnieść,
a kiedy chciał się wyprostować to uderzył głową o stół i
wylał kawę prosto na księgę z Merlinem.
- Co ja najlepszego zrobiłem? - powiedział sam do siebie i zawołał swą żonę – Justyno choć szybko, pomocy!
Do komnaty
wbiegła wystraszona żona, trzymając w ręku kawał szmaty i
wiadro, jakby przewidziała co się stało.
- Znów narozlewałeś gamoniu? - zapytała i nie czekając na odpowiedź, zabrała się za wycieranie mokrych rzeczy.
Bibliotekarz
nie zdążył dokończyć zaklęcia do świtu. Postanowił więc
położyć się spać.
Następnego
dnia założył kapcie i szlafrok i poszedł jak zwykle rano do
łazienki aby umyć zęby ale kiedy stanął przed drzwiami,
spostrzegł że są one zamknięte "czyżby Justyna była w środku
ale dlaczego się zamknęła, to do niej nie podobne" – myślał.
Zapukał więc do drzwi i nagle z wnętrza jego własnej łazienki,
dobiegł go jakiś obcy cieniutki głosik – zajęte! Tymczasem do
czarodzieja od strony kuchni, podeszła jego żona, która zamierzała
umyć ręce do śniadania.
- Dlaczego nie wchodzisz do środka? - zapytała zdziwiona, próbując ułożyć sobie włosy w kucyk.
- Ktoś jest w łazience, myślałem że to ty ale to ktoś obcy – powiedział bibliotekarz sięgając po swój kostur.
Magicznym
zaklęciem sprawił, że drzwi się uchyliły, a ich oczom ukazała
się mała dziewczynka. Stała nad zlewem próbując sięgnąć
drewnianą kaczuszkę.
- Ktoś ty? - zapytał czarodziej.
- Jestem dziewczynką – odpowiedziała mała, troszkę zdziwiona pytaniem ale zupełnie nie skrępowana całą sytuacją.
- To wiem, ale jak masz na imię i co tu robisz? - pytał dalej starzec.
- Nie wiesz? - odpowiedziała dziewczynka, nie mniej zdziwiona niż poprzednio.
- Nie wiem! - krzyknął zirytowany czarodziej.
- Nie krzycz, to przecież dziecko – powiedziała Justyna sięgając drewnianą kaczuszkę i wkładając ją w rączki małej – jak cię nazywają, bo my jesteśmy Justyna i Wacław?
- Jestem Zosia ale wszyscy mówią na mnie bąbel, bo mam wełniany bąbelek na czapce.
Mag
przypomniał sobie co się stało wczorajszej nocy. Pobiegł do
biblioteki i podniósł brudną od kawy książkę o czarodzieju
Merlinie. Okazało się, że pod nią leżał wiersz, o małej
dziewczynce, o imieniu Zosia. Wiersz podarowała im znajoma Justyny,
która była pisarką.
- I co my teraz zrobimy? - powiedział czarodziej Wacław.
- Może ją zatrzymamy, jest taka słodka? - powiedziała jego żona.
- Dobrze – oświadczył mag – ale żeby nie było tak samo jak z rybkami, w końcu to ja musiałem im wymieniać wodę i je karmić – dodał trochę żartując.
- Nie mów tak, to przecież człowiek, tylko taki malutki, a zresztą co mamy innego do roboty. - Powiedziała Justyna tuląc do piersi Zosie.
- Niech i tak będzie, może w końcu, w spokoju będę mógł zająć się swoimi naukami? - powiedział mag – a teraz sio z łazienki.
Czarodziej
jednak już nigdy nie miał spokoju, Zosia była zawsze przy nim,
bardzo polubiła starego czarodzieja i nie odstępowała go na krok.
Szybko jednak pokochał swoją nową córeczkę, dziewczynce nie
sposób było się oprzeć i mimo że nie zawsze była grzeczna to i
tak stali się kochającą rodziną. Cdn...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz