niedziela, 15 czerwca 2014

Czarodziej i Zosia - opowiadanie trzecie

Zosie obudził zapach smażonych jajek i pieczonej szynki. Obie dziewczynki uwielbiały szynkę, szczególnie tą którą robiła mama. Wdziały szybko szlafroki i pobiegły do kuchni, z nadzieją, że uda się im coś przekąsić za nim jedzenie wyląduję na talerzach, lecz Justyna kazała im pójść najpierw do łazienki.

Chwilę później, cała czwórka zasiadła przy stole na ogrodowym tarasie. Wiatr delikatnie kręcił włosy Zosi, czarodziej wiedział, że to nie przypadek, szczególnie, że włosy drugiej córeczki wiatr w ogóle nie zaczepiał. Rozumiał, że będą musieli opuścić na jakiś czas dom, musieli udać się w Popielate Góry, gdzie moc dziewczynek nie wyrządzi większych szkód, biblioteka nie była najlepszym miejscem do kontynuowania nauki, za dużo wokół łatwo palnego papieru.

  • Sami nie pojedziecie, idę z wami – powiedziała Justyna.
  • Ale kochanie, to tylko kilka dni, wrócimy w sobotę – rzekł Wacław opuszczając oczy w dół, co zwykle znaczyło że kłamie.
  • Jasne, już ci wierzę, wrócilibyście za miesiąc, już ja dobrze wiem co tam knujesz. Idę z wami i kropka.

Misia bawiła się ostatnim kęsem szynki, kiedy nad stołem przeleciał bąk. Próbowała go przepędzić dłonią i wtedy nad jej głową pojawił się ognisty sznur, który po chwili opadł i podpalił obrus. Mama szybkim ruchem odciągnęła za krzesła dziewczynki, a potem wylała lemoniadę gasząc w ten sposób pożar.

  • Beze mnie nie dacie rady dojechać nawet do Czerwonego Młyna za zakrętem, a co dopiero do gór – zaśmiała się Justyna.
  • Dobrze już, dobrze możesz jechać z nami.
  • Wcale nie pytałam o zgodę – powiedziała, po czym udała się spakować rzeczy potrzebne do podróży.

Wacław zaprzągł wołu do wozu i załadował pakunki, które przyszykowała jego żona. Ruszyli, gdy tylko Justyna upewniła się, że dom jest zamknięty i dobrze zabezpieczony. „Tak jakby na tym odludziu, ktoś próbował ich ograbić” - myślał złośliwie czarodziej, ale nie powiedział tego głośno, bo wiedział że dla kobiety bezpieczeństwo jest bardzo ważne, zresztą nie chciał się narażać na jej marudzenie.

Dziewczynki usiadły wygodnie z tyłu, na pierzastych, bordowych poduszkach. Wyobrażały sobie, że są królewnami, które jadą na wielki bal. Cieszyły się z podróży, rzadko opuszczały pustkowia i dom, tu nawet goniec rzadko zaglądał, od czasu kiedy bibliotekarz poszczuł go niechcący, przywołanym lwem.

Teraz to samo zwierze zostało aby przypilnować ich majątku. Strażnik pochodził z jednej z książeczek przygodowych i świetnie się sprawiał w roli ochroniarza. Co prawda mało mówił, ale za to był bardzo lojalny, no i jego usługi nie kosztowały zbyt wiele, lew lubił dobrze zjeść, a w spiżarni pod biblioteką było zawsze pełno dobrego jedzenia.

Wóz minął Czerwony Młyn, stał on na granicy pustkowia i oznaczał granicę posiadłości czarodzieja i jego żony. Dalej mieściła się kraina ludzi i Wiedźmowy Las.

  • Tato, czy w tym lesie mieszkają czarownice? - zapytała Misia po przeczytaniu drewnianej tablicy z nazwą tego przedziwnego lasu.
  • Nie, dawno pozbawiłem mocy ostatnią z czarownic, w lesie nie ma już nic strasznego. Kiedy byłem młodszy wyczyściłem ten teren z plugastwa, które nawiedzało miejscowych wieśniaków mieszkających nieopodal.
  • A to na drzewie, to dziwne zwierze to co to? - zapytała Zosia, kiedy spostrzegła, kudłatego stwora na olbrzymim orzechowcu.
  • To tylko kudłatek, te stworzenia są bardzo ciekawskie, ale nieśmiałe, choć bardzo przyjacielskie. - Opowiadał dalej Wacław.
  • Nie bójcie się, to kudłatki dostarczają nam orzechy, grzyby i jeżyny – powiedział mama – czasem jak dam im trochę ciastek, to przynoszą pyszne pstrągi, od lat z nimi handlujemy, bardziej uczciwych handlarzy nie sposób znaleźć na całym świecie.

Nagle, w samym środku lasu, pojawił się zakapturzony człowiek. W ręku trzymał kij, którym podpierał swoje zmęczone podróżą nogi. Jego szata wskazywała, że łączyła go niegdyś więź z Zakonem Smoka, który prowadził stu letnią wojnę z tutejszym królestwem. Dziewczynki bardzo dobrze znały historię królestwa i Zakonu, wiedziały, że to ich tata pozbawił mocy smoczych wojowników, wykradając klejnot i ujarzmiając jego moc. Był to ten sam klejnot, zakopany pod wieżą.

  • Czego tu szukasz wędrowcze? - zapytał czarodziej marszcząc brwi i chwytając kostur. Obawiał się podstępu, czcicielom smoka nie wolno było ufać.
  • Idę w góry, podobno obudził się Drako, czarny władca tej doliny.
  • To nie możliwe, bestia spoczęła na dnie jeziora, uwięziona srebrnymi łańcuchami i uśpiona na wieki, nie ma zaklęcia, które mogło by go obudzić, tak jak i nie ma już wiedźmy, która mogłaby go uwolnić.
  • Mylisz się mistrzu – powiedział wędrowiec, który rozpoznał w Wacławie dawnego wroga – to tylko kwestia czasu, czarny lord znów zapanuje nad Miodowym Królestwem.
  • Jesteś głodny, albo spragniony wędrowcze? - zapytała Justyna. Mnich widząc kobietę nałożył kaptur i pokuśtykał w stronę gęstych krzaków, gdzie po chwili zniknął pośród zieleni.

Dziewczynki nic z tego nie rozumiały. Pamiętały historię o wojnie i o bohaterskich czynach swojego taty oraz jego przyjaciela księcia Bolesława, ale nie wiedziały dlaczego smoczy wojownik, przestraszył się mamy.
Opuszczając las, dotarli do wsi Zagrody Małe, z kąt pochodził Wacław. Sołtys widząc starego przyjaciela rzucił się na niego, wyciągając go z wozu i tuląc jak brata. Nie widzieli się od wielu miesięcy, a znali się od dziecka. Razem dorastali i razem walczyli u boku swego księcia. Nadal spotykali się, choć ostatnio coraz rzadziej, czego powodem były obowiązki domowe, a właściwie dzieci. Sołtys miał pięciu synów i trzy córki, które natychmiast wybiegły z domu, aby uściskać swoich chrzestnych, chłopcy pracowali w polu i dołączyli dopiero na kolacji.

  • Nie macie pojęcia jak dobrze was widzieć, dzieciaki się stęskniły, a i nam brakowało waszego towarzystwa przyjaciele – mówił Bronisław – jest tu strasznie nudno bez twoich sztuczek Wacławie, a i Katarzyna ucieszy się, bo jak mówi nie ma z kim pogadać o poezji i innych takich głupotkach.
  • Poezja to nie głupoty! - krzyknęła Katarzyna niosąc tace z zimnym sokiem jabłkowym. - To dzięki poezji możemy wyrażać najskrytsze emocję i uczucia.
  • Tak, tak uczucia... - roześmiał się na cały głos Sołtys.
  • Gdyby nie uczucia, to nie było by naszych dzieci i naszej miłości – powiedziała kobieta całując męża w łysą głowę.
  • Masz racie śliweczko, jak zawsze zresztą – rzekł gospodarz i wyciągnął fajkę, którą zapalił od świecy. - Widzę jednak, że zmierzacie gdzieś dalej, pewnie do króla, ucieszy się nie widział was od dłuższego czasu, na pewno tęskni za swoją najmłodszą siostrzyczką.
  • Wcale nie, prawie nie pisze, zresztą nie szczególnie lubimy się z Augustyną. - Powiedziała Justyna rozkładając sztućce.
  • Czyżby królowej jeszcze nie przeszło, łamałeś serca przyjacielu na prawo i na lewo – ponownie roześmiał się Bronisław – byłem jednak na dworze jesienią i powiem ci, że królowa dawno już zapomniała o waszym małym sporze.
  • Małym, całe królestwo toczyło z jego powodu wojnę, a Augustyna musiała przyjąć naszą wiarę, pochodziła z północnego królestwa i oddawała cześć kamieniom, drzewom i robakom. - Mówił Wacław – gdyby nie Justyna, jej królestwo zmiotła by fala kosiarzy z zachodu, w porę namówiła brata i jego narzeczoną na przyjęcie naszej wiary.
  • Znów mówicie o polityce przy jedzeniu? - powiedział kapłan, który zasiadł przy stole. - Nie pora teraz rozprawiać o tych rzeczach.
  • Rozmawiamy o Bogu mistrzu – powiedziała Justyna.
  • A to inna sprawa – uśmiechnął się staruszek całując rękę gospodyni, a potem kłaniając się Justynie – o naszym Panu można i trzeba nawet zawsze rozmawiać.

Wszyscy, również dzieci, usiedli wspólnie do stołu i długo biesiadowali. Tańczyli i śpiewali, rozprawiali o zbliżających się zbiorach oraz o celu podróży. Wtem zjawił się żołnierz w stroju gwardzisty.

  • No wreszcie, miałeś być wczoraj – powiedziała gospodyni przytulając najstarszego syna, który poszedł w ślady ojca i zaciągnął się do gwardii królewskiej.
  • Przepraszam mamo, ale król polecił nam sprawdzić sytuację nad jeziorem, wieści niosą, że smok się budzi – powiedział młody rycerz zdejmując skórzane rękawice.
  • Czyżby to prawda, Drako się budzi? - spytał kapłan.
  • To niemożliwe razem z Wacławem pozbyliśmy się ostatniej wiedźmy, nie ma kto wypowiedzieć zaklęcia, nie ma żadnej czarodziejki, ani żadnej żyjącej wiedźmy – rzekł sołtys.
  • To nie do końca prawda – powiedział kapłan spoglądając na córki bibliotekarza i jego żony – czuje wielką moc, od dawna nie czułem takiej siły. Legenda głosi, że smok zbudzi się bez zaklęcia, gdy moc się wzbudzi.
  • Myślisz, że moc dziewczynek może mieć związek z wzbudzeniem Drako? - spytał sołtys.
  • Tak, i Wacław o tym wie, na szczęście zmierza do Popielatego Pałacu, tam kronikarze pomogą mu pozbyć się mocy. - Rzekł kapłan odkładając widelec, po tym jak połknął ostatni kęs kurczaka.


4 komentarze:

  1. Ciekawe opowiadanie. Aż się prosi o dodatkowe uatrakcyjnienie w postaci rysunków, które jeszcze bardziej pobudziłby wyobraźnię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może jak skończę baśń to zrobię kolejny konkurs rysunkowy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na kolejne części bajeczki:)

    OdpowiedzUsuń