Drzwi
sypialni królewskiej skrzypnęły głośno, a wraz z drażniącym
uszy dźwiękiem w komnacie pojawiła się szczupła, lekko zgarbiona
postać. Mimo długiego, bordowego płaszcza i kaptura nasuniętego
na twarz, książę od razu ją rozpoznał. Agafia, takie nosiła
imię księżniczka, żona pana tej ziemi.
- Konradzie, jeszcze śpisz za moment zjawi się poselstwo – powiedziała wzruszając ramionami na znak, że nie rozumie lenistwa małżonka.
- Już wstaje kochana, zmogło mnie czekanie na twój powrót.
- Raczej miód – roześmiała się księżna – czuć go w całej sypialni. Ubieraj się szybko, bo poselstwo niecierpliwe, jak psy które czekają na kość.
Książę
Konrad czekał na gości, dyplomatów, którzy przybyli na jego
wezwanie. Miał sporo na głowie. Musiał uważać na krewnych,
którym nie podobały się rządy krwawej pary. Po za tym Wojna z
Rusią zajmowała mu sporo czasu i pieniędzy, ale największym
problemem stało się bezpieczeństwo granic północnych, gdzie w
mrocznych borach, otoczonych bagnami i labiryntem tysiąca jezior,
rozpościerały się włości pogańskich plemion Prusów. Marzył o
podbiciu tych terenów, mimo że nie udało się tego dokonać
żadnemu z Piastów. Sporo o tym rozmyślał, aż w końcu wpadł na
pomysł, aby wezwać najemników i to nie byle jakich, bo rycerzy
zakonnych.
- Pomysł
może i dobry panie – mówili biskupi – ale Zakon Najświętszej
Panienki lubi długo gościć u swych gospodarz. Wspomnij panie
Andrzeja II, władcę Węgrów – mówili, ale Konrad nie słuchał
nikogo, z wyjątkiem żony, która nie przepadała na kapłanami.
„Zrobisz jak zechcesz, ty jesteś władcą” - rzekła, dając do
zrozumienia księciu, że jego zdanie jest najważniejsze i
nieomylne.
Tymczasem
piękna księżna, bawiła gości, czekając na spóźnionego męża.
Opowiadała o Płocku i wychwalała czyny rycerzy w Jerozolimie, oni
zaś byli niezwykle pyszni i taka rozmowa bardzo im schlebiała, to
też nie byli źli na księcia za spóźnienie.
- Przepraszam, sprawy księstwa – tłumaczył się Konrad, prawie wbiegając do komnaty gościnnej.
- Nie szkodzi książę, wasza luba ma niezwykły talent bawienia gości – powiedział jeden z dwóch przybyłych rycerzy.
- Ciesze się, że przybyliście zacni panowie, gdyż mam problem z ludem, który zagraża naszym chrześcijańskim obyczajom, niszcząc kościoły i mordując ludzi na północy mojego księstwa.
- Od razu do rzeczy, do się chwali książę – rzekł drugi z rycerzy – więc i my przejdziemy do rzeczy. W zamian za nasze usługi, prosimy o skrawek ziemi, byśmy nie musieli się dłużej tułać po świecie.
- Niech tak będzie – odpowiedział książę, po czym nakazał podać ucztę.
Krzyżacy,
bo tak się zwali rycerze, zbudowali niewielką osadę nad rzeką
Wisłą. Ich baza, początkowo mieściła się na olbrzymim,
liściastym drzewie, w koronie którego gniazda miały dziesiątki
przeróżnych ptaków, to też nazwali osadę i fort Vogelsang, co
znaczyło - ptasi śpiew.
Znakomicie
znający się na strategii wojennej zakon krzyżacki, szybko obsadził
kolejne posterunki nad Wisłą. Wkrótce, gdy kowale wykuli ostanie
groty strzał, a rycerze byli już gotowi do walki, wyruszyła
wyprawa, która miała zmiażdżyć plemiona pruskie. Przedtem
jednak, sprytny mistrz braci zakonu niemieckiego, upewnił się, że
ziemię, którą otrzymał w dzierżawę otrzyma na własność.
Kazał sfałszować dokumenty od Konrada. A potem ruszył na północ,
na wojnę.
Jednak
ukryty w lasach wróg był nieuchwytny. Żył w osobnych plemionach,
szanując naturę. Wojowie pruscy wyglądali niczym demony, odziani
byli w skóry zwierzęce, zazwyczaj żubrze, z łosia, wilka lub
niedźwiedzia. Świetnie władali toporem, a i trójkątna tarcza
parowała ciosy od mieczów krzyżackich. Najbardziej złowrogą
bronią, były jednak pałki z żelazną gałką, które siały
przerażenie wśród braci, niszcząc nawet najlepiej wykuty hełm.
Grad kamieni z proc i setki strzał spadających, Bóg jeden wie
skąd, wprost na niczego nie podejrzewających szpitalników
dziesiątkował ich oddziały.
Wojownik
pruski nie bał się śmierci. Wierzył w wędrówkę dusz. Obca była
mu korupcja, czy zdrada. Kiedy walczył, to do ostatniej krwi, do
ostatniego wojownika, bo wiedział, za co walczy, a bronił rodziny.
Nigdy się nie poddawał, a w walce na swoim terytorium nie miał
sobie równych. To też Konrad nie doczekał się hołdu największego
z wrogów, Prusów. Dopiero po jego śmierci Krzyżakom udało się
pokonać ten dzielny lud.
Konrad
Mazowiecki nie spełnił swoich snów o zjednoczonym królestwie i o
podbiciu północy. Z jego krwi narodził się potężny władca
Kazimierz, którego syn Łokietek, a jednocześnie wnuk Konrada i
Agafi zjednoczył zwaśnione królestwo. Biedny król, odziedziczył
skrytego wroga, który przez lata rósł w siłę, oplątując
zachodnich monarchów wokół palca i stając się najpotężniejszą
armią, która przez lata, a może i stulecia będzie gnębiła
Królestwo Polskie i jej poddanych. Rozpoczęła się długoletnia
wojna, która zdawał się nie mieć końca.

Coś innego niż typowa bajka....jestem zaskoczona:)
OdpowiedzUsuńTo taka przypowieść dla troszkę starszych dzieci, szkolniaków.
UsuńBardzo interesujące...Życzę kolejnych pomysłów na mądre bajki. Serdecznie pozdrawiam. :)
OdpowiedzUsuń