poniedziałek, 23 czerwca 2014

Najemnicy czarnego krzyża



Drzwi sypialni królewskiej skrzypnęły głośno, a wraz z drażniącym uszy dźwiękiem w komnacie pojawiła się szczupła, lekko zgarbiona postać. Mimo długiego, bordowego płaszcza i kaptura nasuniętego na twarz, książę od razu ją rozpoznał. Agafia, takie nosiła imię księżniczka, żona pana tej ziemi.






  • Konradzie, jeszcze śpisz za moment zjawi się poselstwo – powiedziała wzruszając ramionami na znak, że nie rozumie lenistwa małżonka.
  • Już wstaje kochana, zmogło mnie czekanie na twój powrót.
  • Raczej miód – roześmiała się księżna – czuć go w całej sypialni. Ubieraj się szybko, bo poselstwo niecierpliwe, jak psy które czekają na kość.

Książę Konrad czekał na gości, dyplomatów, którzy przybyli na jego wezwanie. Miał sporo na głowie. Musiał uważać na krewnych, którym nie podobały się rządy krwawej pary. Po za tym Wojna z Rusią zajmowała mu sporo czasu i pieniędzy, ale największym problemem stało się bezpieczeństwo granic północnych, gdzie w mrocznych borach, otoczonych bagnami i labiryntem tysiąca jezior, rozpościerały się włości pogańskich plemion Prusów. Marzył o podbiciu tych terenów, mimo że nie udało się tego dokonać żadnemu z Piastów. Sporo o tym rozmyślał, aż w końcu wpadł na pomysł, aby wezwać najemników i to nie byle jakich, bo rycerzy zakonnych.

- Pomysł może i dobry panie – mówili biskupi – ale Zakon Najświętszej Panienki lubi długo gościć u swych gospodarz. Wspomnij panie Andrzeja II, władcę Węgrów – mówili, ale Konrad nie słuchał nikogo, z wyjątkiem żony, która nie przepadała na kapłanami. „Zrobisz jak zechcesz, ty jesteś władcą” - rzekła, dając do zrozumienia księciu, że jego zdanie jest najważniejsze i nieomylne.

Tymczasem piękna księżna, bawiła gości, czekając na spóźnionego męża. Opowiadała o Płocku i wychwalała czyny rycerzy w Jerozolimie, oni zaś byli niezwykle pyszni i taka rozmowa bardzo im schlebiała, to też nie byli źli na księcia za spóźnienie.

  • Przepraszam, sprawy księstwa – tłumaczył się Konrad, prawie wbiegając do komnaty gościnnej.
  • Nie szkodzi książę, wasza luba ma niezwykły talent bawienia gości – powiedział jeden z dwóch przybyłych rycerzy.
  • Ciesze się, że przybyliście zacni panowie, gdyż mam problem z ludem, który zagraża naszym chrześcijańskim obyczajom, niszcząc kościoły i mordując ludzi na północy mojego księstwa.
  • Od razu do rzeczy, do się chwali książę – rzekł drugi z rycerzy – więc i my przejdziemy do rzeczy. W zamian za nasze usługi, prosimy o skrawek ziemi, byśmy nie musieli się dłużej tułać po świecie.
  • Niech tak będzie – odpowiedział książę, po czym nakazał podać ucztę.


Krzyżacy, bo tak się zwali rycerze, zbudowali niewielką osadę nad rzeką Wisłą. Ich baza, początkowo mieściła się na olbrzymim, liściastym drzewie, w koronie którego gniazda miały dziesiątki przeróżnych ptaków, to też nazwali osadę i fort Vogelsang, co znaczyło - ptasi śpiew.

Znakomicie znający się na strategii wojennej zakon krzyżacki, szybko obsadził kolejne posterunki nad Wisłą. Wkrótce, gdy kowale wykuli ostanie groty strzał, a rycerze byli już gotowi do walki, wyruszyła wyprawa, która miała zmiażdżyć plemiona pruskie. Przedtem jednak, sprytny mistrz braci zakonu niemieckiego, upewnił się, że ziemię, którą otrzymał w dzierżawę otrzyma na własność. Kazał sfałszować dokumenty od Konrada. A potem ruszył na północ, na wojnę.

Jednak ukryty w lasach wróg był nieuchwytny. Żył w osobnych plemionach, szanując naturę. Wojowie pruscy wyglądali niczym demony, odziani byli w skóry zwierzęce, zazwyczaj żubrze, z łosia, wilka lub niedźwiedzia. Świetnie władali toporem, a i trójkątna tarcza parowała ciosy od mieczów krzyżackich. Najbardziej złowrogą bronią, były jednak pałki z żelazną gałką, które siały przerażenie wśród braci, niszcząc nawet najlepiej wykuty hełm. Grad kamieni z proc i setki strzał spadających, Bóg jeden wie skąd, wprost na niczego nie podejrzewających szpitalników dziesiątkował ich oddziały.

Wojownik pruski nie bał się śmierci. Wierzył w wędrówkę dusz. Obca była mu korupcja, czy zdrada. Kiedy walczył, to do ostatniej krwi, do ostatniego wojownika, bo wiedział, za co walczy, a bronił rodziny. Nigdy się nie poddawał, a w walce na swoim terytorium nie miał sobie równych. To też Konrad nie doczekał się hołdu największego z wrogów, Prusów. Dopiero po jego śmierci Krzyżakom udało się pokonać ten dzielny lud.

Konrad Mazowiecki nie spełnił swoich snów o zjednoczonym królestwie i o podbiciu północy. Z jego krwi narodził się potężny władca Kazimierz, którego syn Łokietek, a jednocześnie wnuk Konrada i Agafi zjednoczył zwaśnione królestwo. Biedny król, odziedziczył skrytego wroga, który przez lata rósł w siłę, oplątując zachodnich monarchów wokół palca i stając się najpotężniejszą armią, która przez lata, a może i stulecia będzie gnębiła Królestwo Polskie i jej poddanych. Rozpoczęła się długoletnia wojna, która zdawał się nie mieć końca.



3 komentarze:

  1. Coś innego niż typowa bajka....jestem zaskoczona:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taka przypowieść dla troszkę starszych dzieci, szkolniaków.

      Usuń
  2. Bardzo interesujące...Życzę kolejnych pomysłów na mądre bajki. Serdecznie pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń