Pewnego razu
na pełnym morzu płynął okręt rybacki. Jego kapitanem był Jacek
Zimowicz, człowiek twardy, lubiący dyscyplinę, wspaniały żeglarz,
ale przede wszystkim świetny dziadek. Wnuki go uwielbiały, znał
wiele niesamowitych morskich opowieści. Kochał wszystkie czworo i
myślał nad tym jak sprawić im radość. Tego dnia, niczym statek
wypływający z mgły, pojawił się nagle pomysł. Kapitan spojrzał
na brzeg, a tam stała stara, bardzo zaniedbana latarnia. Piaszczysta
plaża, od wschody usadzona na olbrzymiej skale, a od zachodu
otoczona szarymi kamieniami i wodorostami, które wyrzucało morze,
zdawało się idealnym miejscem do zrealizowania kapitańskiego
marzenia.
Marynarz
postanowił wybudować największy na calutkim świecie plac zabaw,
taki w którym będą mogły bawić się tysiące maluchów, takie w
którym będzie można zobaczyć morskie zwierzątka, a także
spotkać pirata, czy zjeść smażoną, świeżą rybę. Przez lata
udała mu się uzbierać sporą sumkę, a ziemia należała do jego
znajomego, więc wykupił spory kawałek plaży wraz z latarnią,
którą kazał wyremontować i postawił na niej przepiękne,
lazurowe budynki.
Pierwszym z
nich był ogród wodny dla żółwia Tymona. Następnie powstały
baseny dla rekina, delfinów i wielorybów, a także dla dziesiątek
innych mniejszych morskich zwierząt. Na samy środku placu zbudowano
olbrzymi basen z placem zabaw dla dzieci. Wszystko w parku pomalowane
było w morskie kolory, ale przeważał lazur i zgniła zieleń,
kolor wodorostów. Przy wejściu do parku stał piracki galeon, który
również można było zwiedzić, lecz trzeba było uważać, bo w
środku siedziało kilku piratów czyhających na skarby turystów.
Dalej przyciągał zapach smażonych ryb, z restauracji, którą
prowadziła babcia Adela, żona kapitana Jacka. Jednak to co
najbardziej zachwyciło inwestorów z miasta, to wyremontowana
latarnia. Widok z jej szczytu zachwycał każdego, kto miał siłę
aby wdrapać się na ponad tysiąc schodów i stanąć na górze.
Park,
kapitan nazwał „Lazurowym akwaparkiem”, i chociaż pogoda nie
dopisała w dniu otwarcia, to i tak zjawiło się kilkaset turystów,
pragnących zobaczyć, jakie atrakcje się w nim ukrywają.
Niebo stało
się ciężkie, przybrało oławiany kolor, można było mieć
wrażenie, że wgniata się w linie horyzontu. Zaczęło się
południe i zrobiło się zimno, to był najchłodniejszy dzień
lata. Błyskawica przecięła niebo na północy; po chwili dobiegło
stamtąd przyciszone, odległe dudnienie przetaczającego się gromu.
Nagle ze zniszczonego od kul armatnich pirackiego galeonu, wyskoczył
korsarz w opasce na oku i srebrnym haku zamiast lewej dłoni.
„Ahrrr... witam w Lazurowym akwaparku wilki morskie, a teraz
oddajcie wszystkie kosztowności, albo wrzucę was rekinom na
pożarcie!” - wrzasnął czarno-brody pirat. Wtem za galeonu
wyskoczyło kilku żołnierzy i chwyciło kapitana – mamy cię!
Teraz już nam nie umkniesz Jednooki! - Tak zaczynała się przygoda
turystów w akwaparku, atrakcji w nim było bezliku, ale nawet
najwspanialsza inscenizacja nie dorównywała temu, co potrafiły
morskie zwierzątka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz