Nieopodal
basenu z ośmiornicami, mieszkały kraby. Dziwne stworzenia o
pancerzach twardych jak kamień i szczypcach zamiast rąk. Najmłodszy
krab miał na imię Bruno i trzymał się z dala od reszty. Jego
zachowanie było niezrozumiałe dla reszty krabów. Co jakiś czas
wydawał dziwny okrzyk i szczypał każdego kto był w pobliżu.
Rodzina
uważała, że jest niegrzeczny, ale Bruno nie robił tego
specjalnie. Coś w jego głowie kazało mu szczypać innych i
krzyczeć.
Zmęczony
położył się na wodoroście. Rośliny wypuściły kilka bombelków
powietrza pod jego ciężarem. Popłynął za nimi, wynurzył głowę
i spojrzał w górę. Niebo było piękne, przypominało ocean. Tylko
z północy, znad latarni, przyleciała gęsta biała chmura. Zamknął
oczy, licząc, że może wtedy wszystko się ułoży. Nie chciał być
inny, chciał się bawić z krabikami, chodzić do szkoły i nie czuć
wzroku nauczycieli, którzy karcili go za zachowanie. Nikt nie chciał
wierzyć, że nie robi nic złego, że to tylko odruch.
Nagle coś
musnęło jego policzek. Otworzył oczy. Mały, zielony, dębowy liść
– musiał go przywiać wiatr z pobliskiego dębu. Drzewo rosło w
Pajęczym Lesie. Krabik słyszał, że kto raz wejdzie do lasu, ten
już go nigdy nie opuści.
Wiatr
przemknął po powierzchni wody, przyniósł wir kolejnych liści.
Bruno zaczął oddalać się od brzegu w kierunku zakazanego miejsca.
Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem. „Co mi tam i tak mnie
nikt nie lubi” - pomyślał i popłynął w stronę Pajęczego
Lasu.
Gdy jednak
zbliżył się do lasu, przypomniał sobie o wuju Kaziu. Dziadek
opowiadał mu o dzielnym krabie, który opuścił plaże, aby
udowodnić wszystkim, że w lesie nie czai się żadne zło. Wuj
zniknął, kiedy tylko przekroczył granice zielonego zagajnika.
„Może to jednak nie za dobry pomysł” - zaczął się
zastanawiać krabik - „a co jak w tym lesie mieszka jakiś
krabożerca, wyskoczy i połknie mnie w całości”.
Było już
za późno. Bruno stał na polanie. Rozglądał się, ale nic złego
się nie działo. Wtem za różanego krzewu wyskoczył dziwnie
przyodziany stwór, o jednym oku.
- Kto ci pozwolił przekroczyć granice mej ziemi? - wrzasnął.
- Ja...sam... - odrzekł przestraszony Bruno.
- Żadnemu krabowi nie wolno opuszczać brzegów Lazurowego Akwaparku – mówił stwór odgarniając kępkę mchu ze zdrowego oka – zaraz ja cię znam młokosie. Jesteś Bruno syn Rodriga i Anny.
- Skąd to wiesz? - zapytał zaciekawiony malec.
- Jestem Kazio, a w zasadzie byłem nim za nim odszedłem...
- Wuj Kazik, dziadek mi o tobie opowiadał, wszyscy myśleli, że zjadły cię ptaszyska – oznajmił malec, już pewniej.
- Nic podobnego. Uciekłem bo uważali mnie za wyrzutka. Traktowali mnie jak obcego, mimo że byłem jednym z nich. Nikt po mnie pewnie nie zapłakał.
- Mylisz się wuju, dziadek płakał i moja mama, a tata razem z innymi szukali się przez wiele dni. Nie mogli jednak opuścić brzegów. Bali się ptaszysk.
- Więc mnie szukali... a ja przez tyle lat myślałem, że mnie nie kochają – zmartwił się Kazio – musimy wracać, musimy wrócić do domu Bruno.
- Razem, wszyscy się ucieszą.
Powrót wuja
i Bruna uszczęśliwił rodziców, którzy odchodzili od zmysłów.
Wuj wytłumaczył dlaczego odszedł. Historia Kazia sprawiła, że
rodzina krabika zbliżyła się do siebie i nie traktowała dłużej
malca jak innego. Wuj wytłumaczył, że nie można nikogo odtrącać
tylko dlatego, że jest nie zrozumiały.
Po długiej
rozmowie z mądrym morsem, udało się ustalić, że krabik jest
chory, a głosy w jego głowie są wynikiem tej właśnie choroby.
Mors stwierdził, że można to wyleczyć ciężką pracą i dużą
dawką miłości. Rodzice przyłożyli się do pracy, ćwiczyli i
ćwiczyli, aż krabik wyzdrowiał. Co do miłości, to nigdy jej nie
brakowało w krabim stadku, dlatego Bruno stał się najszczęśliwszym
zwierzątkiem w całym wodnym zoo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz