wtorek, 11 listopada 2014

Dom pośród kamiennych lwów - opowiadanie 1



  • Gdzie się teraz podziejemy? - zapytała Patrycja rodziców.
  • Jedziemy do legendarnego miasta, tam gdzie myszy zjadły Popiela – odpowiedział tata, próbując zainteresować dziewczynkę ciekawą historią.
  • Gdzie to jest? - chciała wiedzieć dziewczynka.
  • Daleko od Warszawy – mówiła mama.
  • Tam będzie nam lepiej kochane. Zobaczycie – odparł tata.

Lokomotywa ruszyła, niczym stalowy ospały smok. Dyszała i robiła tyle dymu, że przez chwilę nie było nic widać za oknami. Wagony były przepełnione, więc tata stał na korytarzu, a mama trzymała Patrycję na kolanach i opowiadała o dziadku, który mieszka w Kruszwicy, czyli tam gdzie myszy zjadły Popiela.

Opuszczając Warszawę, rodzina Reptów zostawiła swój ukochany dom. Artur Rept, tata Patrycji był profesorem literatury, na jednej z uczelni, a Agata, mama zajmowała się opieką nad sierotami, w jednym z warszawskich sierocińców. Profesor wiedział, że nie mogą zostać dłużej w Warszawie, a wyjazd z miasta jest ich jedyną deską ratunku, przed złem, które nadciągało z zachodu.

Patrycja obudziła się, gdy pociąg się zatrzymał i słyszeć się dało głośny pisk na torach. To włączyły się hamulce. Na peronie widniał napis: „Inowrocław”. Niedługo potem Pati, tata i mama wyskoczyli z wagonu i przesiedli się na wóz, który zaprzężony był do starego, ale jeszcze bardzo silnego, wiejskiego konia. Ludzie biegali po peronie, jakby czegoś się obawiali. I nagle wszyscy stanęli jak wmurowani, spojrzeli w lekko zachmurzone niebo. Żelazne maszyny przeszywały chmury, wydając złowrogi warkot.
  • Bombowce! - krzyknął konduktor – kryć się.

Samoloty nie zrobiły jednak, żadnej szkody miastu. Poleciały dalej, ale mimo to wystraszeni ludzie uciekali w tak dużym popłochu, że Agata upadła na betonowy chodnik i puściła rączkę córeczki.
  • Mamo, mamo! - wrzeszczała i płakała Patrycja.
  • Dziadek, Kruszwica, jedź do Kruszwicy! - krzyczała mama.

Tłum poniósł małą, niczym fale oceanu niosą samotną łódź. Oddaliła się od rodziców i od dworca. Próbowała być dzielna. Rozejrzała się po zniszczonym niedawno od ostrzału rynku. Przy jednym z budynków siedziało kilku rannych żołnierzy. Podeszła do nich nieśmiało i zapytała o drogę.
  • Przepraszam, którędy do Kruszwicy?
  • Do Kruszwicy... to będzie w tamtą stronę, możesz pojechać z Bogdanem, to rolnik, który dostarczał wojsku żywności – mówił jeden z żołnierzy – powiedz, że jesteś od kaprala Witolda, to ci pomoże.
  • Dziękuje, tak zrobię – oznajmiła dziewczynka, po czym pobiegła do wozu rolnika.

Pan Bogdan zgodził się zabrać Patrycję. Droga do domu nie będzie mu się tak dłużyła – stwierdził. Mnóstwo ludzi opuszczało wielkie miasta. Wozy, rowery, konie i krowy, masa ludzi z tobołkami, wszyscy kierowali się na wieś. Pogoda zmieniła się i z nieba spadł deszcz. Wóz poruszał się powoli, bo pan Bogdan skręcił w polne ścieżki, gdzie było mnóstwo błota. Twierdził, że ta droga jest dłuższa, ale bezpieczniejsza.

Na skrzyżowaniu dróg, woźnica zatrzymał wóz. Stała tam mała kapliczka, z wielkim rzeźbionym w drewnie krzyżem, na którym wisiał Jezus. Poprawił kwiaty, które przewrócił wiatr i chwilę się pomodlił. Patrycja zeszła z wozu i przypatrywała się. Znała wiarę w Chrystusa, dziadek do którego zmierzała był chrześcijaninem, tak jak i mama.
  • Nie pomodlisz się dziecko, czasy są ciężkie? - zapytał rolnik.
  • Modliłam się rano – odpowiedziała Patrycja. Nie chciała mówić, że jest Żydówką, tata jej zabronił się do tego przyznawać, z obawy przed Niemcami, którzy nie lubili Żydów i robili im straszne rzeczy.

Ruszyli dalej w drogę. Kilka godzin później dotarli do Kruszwicy. Zmęczeni i obolali po podróży, zsiedli z wozu, aby wyprostować kości.
  • Gdzie mieszka twój dziadek? - zapytał rolnik.
  • W domu z kamiennymi lwami – odpowiedziała szybko Patrycja.
  • Nie wiem gdzie to, może poza miastem – powiedział pan Bogdan.
  • Ma na imię Władek – dodała mała.
  • Nadal nie wiem o kogo chodzi – rzekł rolnik – może wiesz coś więcej o dziadku?
  • Dziadek mieszka sam i zajmował się zbieraniem jabłek – powiedziała Patrycja po chwili.
  • Teraz kojarzę, twój dziadek to Władek Aleksander, sadownik. Jednak to kawałek za miastem, dziś już nie dam rady cię podwieźć, jedynie jutro – mówił dalej pan Bogdan – zostań u nas na noc.
  • Dobrze dziękuje – uśmiechnęła się dziewczynka.
  • Mieszkam z wnukiem, ucieszy się z towarzystwa – powiedział stary woźnica.

Dom pana Bogdana stał przy ulicy Dworcowej, tuż koło torów kolejowych. Zbudowany był z czerwonej cegły, prosta, kwadratowa konstrukcja, niczym nie przypominała jej domu w Warszawie. Mimo to budynek miał swój urok, szczególnie ogród, pełen róż.

Sąsiadka pana Bogdana, pani Urszula uwielbiała kwiaty. Pati poznała ją wieczorem, kiedy przyprowadziła Staśka, wnuka woźnicy. Kobieta opiekowała się malcem, gdy staruszek wyjeżdżał handlować poza miasto.

Chłopiec podbiegł do Patrycji i wyciągnął rękę.
  • Cześć jestem Staś Kaczmarek – powiedział serdecznie.
  • Patrycja Rept – odrzekła dziewczynka, z delikatnym zakłopotaniem w głosie. W Warszawie miała sporo koleżanek, ale nie przyjaźniła się z żadnym z chłopców. Nie lubiła ich, bo tylko wszczynali bójki i przezywali dziewczynki z sąsiedztwa. Jednak Staś wzbudził jej ciekawość.
  • Mieszkasz w Inowrocławiu, dziadek mówił, że zgubiłaś rodziców, będziesz spać u nas, jesteś głodna, pani Ula przyniosła trochę kapuśniaka? - pytał chłopiec.
  • Daj odpocząć Patrycji, jest zmęczona po podróży – rzekł dziadek chłopca, przerywając mu lawinę pytań - wybacz Stasiowi, straszna z niego gaduła.
  • Nie gniewam się – uśmiechnęła się i usiadła przy stole, zaproszona przez sąsiadkę do kolacji.

Patrycja opowiedziała, w jaki sposób rozstała się z rodzicami i o tym, że szuka dziadka. Pani Urszula znała Władysława Aleksandra, razem pracowali w pobliskiej wytwórni win. Dziadek dostarczał owoce do fabryki, a także pracował przy kuparzu. Kobieta mówiła, że nie ma sensu jechać do Wróbli, gdzie mieszka stary Aleksander, jutro na pewno będzie w pracy, w fabryce Makowskiego.

Zrobiło się późno. Księżyc zawisł wysoko na niebie. Tej nocy było bardzo cicho, nie było słychać wystrzałów dział, tak jak wczoraj po zmroku. Pan Bogdan był niespokojny. Wiedział, że taka cisza nie zwiastuje nic dobrego. Spodziewał się najgorszego. Niemcy mogli wkroczyć lada chwila. Znał się na wojaczce, był weteranem, hallerczykiem. Walczył za Polskę w Wielkiej Wojnie i przegnał bolszewików z Warszawy. Doświadczony artylerzysta, znał odgłos dział. Dla niego była to muzyka, dźwięki, które opisują bitwę. Ostrzelane miasto, znaczyło że wojsko szykuje się do ataku, działa cichną, to pewny atak piechoty i jazdy.

Rankiem Kruszwica utonęła we mgle. Jezioro daleko niosło białą, poranną kołdrę. Kogut wskoczył na drewniany, zniszczony przez czas płot i zapiał zahrypiałym głosem. Wszyscy ociągali się ze wstaniem, tylko pani Urszula zerwała się na nogi i obudziła dziewczynkę.
  • Musisz już wstać, zaraz idę do roboty – powiedziała.
  • Już wstaje – odpowiedziała Patrycja. Nie spała. Martwiła się o rodziców. Leżała tylko i gapiła się przez całą noc w sufit, po którym tańczyły cienie, padające z jabłoni rosnącej w ogrodzie, przez okno.

Ubrały się, zjadły szybko kanapki i wypiły herbatę. Kiedy jednak szykowały się do wyjścia, na korytarz wbiegł pan Bogdan.
  • Zgaście światło – powiedział, widząc lampę w ręku pani Urszuli.
  • Ale jest ciemno, nic nie będziemy widziały – rzekła zdziwiona kobieta.
  • Światło, szybko sąsiadka – powtórzył staruszek, lecz gdy przyjaciółka nie reagowała na prośbę, sam zgasił lampę. - Cicho, teraz bądźcie cicho i do piwnicy, Niemcy idą.

Do piwnicy prowadziła skrytka w podłodze. Kiedy Bogdan ją podniósł, cała czwórka ujrzała długą drabinkę. Po kolei zeszli w dół. Najpierw dzieci, potem pani Ula i na końcu Bogdan. Kiedy Pati poczuła pod swoimi cieniutkimi nogami podłogę, bardzo się ucieszyła. Bała się takich mrocznych miejsc. Bała się wielu rzeczy. Możliwe, że część czaiła się właśnie w tej piwnicy. Mogły tam siedzieć włochate pająki. Robale są gorsze nawet od samej ciemności, a jak pomyślała o robalach w ciemności, to aż ją przeszły ciarki na plecach. Wtuliła się w ramię pani Uli.

Bogdan zapalił na nowo lampę naftową i podał ją przyjaciółce. Piwnica wyglądała niesamowicie. Blask lampy odkrył sekrety tego miejsca. W jednym z kątów stały dwie dębowe beczki z „Wytwórni Win Makowskiego”. W innym, stał stary i dość zniszczony regał, na którym ustawione były słoiki z konfiturami. Trzeba było uważać pod nogi, łatwo było wywinąć kozła, bo wszędzie walały się kosze na owoce, wiadra i inne rupiecie.

Pan Bogdan rzadko schodził do piwnicy. Później wyjaśnił, że źle mu się kojarzy. Jego ojciec miał tu jakiś wypadek, złamał nogę, która słabo się zrosła. Nikogo to nie dziwiło, taki bałagan aż się prosi o wypadek. Wśród kłębów kurzu, jedno z dzieci odnalazło fotografię przedstawiającą rodzinę pana Bogdana. Leżała na jednej z półek, między słoikiem z ogórkami, a konfiturą owocową. Pod nią leżały też inne, przedstawiały żołnierzy przy armacie, ale o tym staruszek nie zdążył opowiedzieć. Po górze stąpali Niemcy. Ich buciory robiły sporo hałasu na drewnianej podłodze i schodach. Nie kryli się ze swoją obecnością. Czegoś lub kogoś szukali. Głośno o tym dyskutowali. Patrycja nie źle mówiła po niemiecku, rozumiała każde słowo.

  • Nie ma go! - oświadczył jeden z nich.
  • Może pojechał do Inowrocławia z kolejną dostawą?
  • Nie, koń i wóz stoją w stajni.
  • Szukajcie dalej, pewnie się ukrył.

Na te słowa, Bogdan skierował się w stronę beczek. Odsunął najciszej, jak tylko potrafił jedną z nich, a potem pociągną za dźwignie ukrytą za błękitną szmatą. Otworzyła się kolejna skrytka, a za nią pojawił się tunel.

  • Trzymajcie się prawej strony tunelu, nie zbaczajcie z drogi. Pamiętajcie nigdy w lewo. Prawą stroną dojdziecie do przejścia koło Mysiej Wieży. Ukryjcie się u Makowskiego, to mnie szukają, lepiej żeby was nie znaleźli – rzekł staruszek, zamykając świetnie zakamuflowane drzwiczki.

Początkowo sprzeciwiali się woli starego żołnierza, ale zarówno Ula jak i Staś wiedzieli, że to nic nie da. Mężczyzna był bardzo uparty. Ostatnia protestowała Patrycja.

  • Dlaczego pozwoliliście mu zostać? Teraz go na pewno złapią.
  • Dziecko, nie doceniasz pana Bogdana, jest cwany jak lis, nie jedno widział – uspokajała kobieta. - Da sobie radę.
  • Mój dziadek to wojownik, żołnierz, nigdy się nie poddaje – mówił malec, zdejmując kijem pajęczyny ze ścian korytarza i wtedy natrafił na coś dziwnego. Uderzył jeszcze raz. Nagle w ciemności rozległo się przerażające piszczenie. Przypominało drapanie paznokciami po szkolnej tablicy. Jakieś ponure stworzenia czaiły się wewnątrz korytarzy. Ruszyły wprost na intruzów. Patrycja wrzeszczała, jak opętana. „Nie dość, że ciemno, to jeszcze pełno tu jakiś potworów” - myślała.
  • Za mną, ruszamy w tamtą stronę – powiedziała pani Urszula, wskazując ręką na korytarz po lewej stronie.
  • Ale dziadek mówił, żeby się trzymać prawej strony!
  • Trzeba się ukryć przed tymi latającymi szczurami! - biegnijcie za mną... za mną mówię!

Biegli ile tylko mieli sił w nogach, gdy nagle natrafili na ścianę. Korytarz się jednak skończył. Widniały tam malunki przedstawiające dawne bitwy i kilka słów w obcym języku. Pani Urszula odczytała pierwszą część napisu.

Imperium Romanum ne intretun... Prokop...”

  • To po łacinie, nie wiem co to znaczy – rzekła pani Urszula, po zaczerpnięciu kilku głębszych wdechów.
  • Chodzi o Imperium Rzymskie, mieliśmy to na historii – powiedziała Patrycja oglądając z wielkim zainteresowaniem napis.
  • Dalszej części nie odczytam, może to po prostu zakaz wstępu, chociaż tu i tak jest ściana, to ślepy zaułek, nie wiem przed czym ten napis ostrzega.
  • Spójrzcie na te obrazki – wskazał na malunek pod napisem chłopiec – ta bitwa odbyła się nad jeziorem Gopło. - To bardzo dziwne, pan na historii mówił, że Rzymianie nie walczyli w tych stronach.
  • Trzeba zawrócić. Nasze krzyki mogły zwrócić uwagę Niemców. Skierujemy się z powrotem do prawego korytarza... – rozkazującym głosem powiedziała pani Ula. Kiedy jednak dzieci się odwróciły jej głos się urwał.
  • Gdzie się podziała pani Urszula?
  • Stała tuż za tobą.
  • Poświeć mocniej.
  • Nie ma jej, zniknęła.
  • Jak to zniknęła, ludzie nie znikają od tak sobie?
  • Mówię ci, że jej nie ma Stasiu.

Rozglądali się nerwowo po ścianach, ale nie było śladu po kobiecie. Pobiegli więc ostatkiem sił w drugą stronę, ale po chwili dotarli do tego samego miejsca, w którym byli przed chwilą, przed ten sam napis. Jakby tunel nie chciał, aby dzieci go opuściły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz