Patrycja
rozpłakała się. Łzy lały się strumieniami po jej bladej
twarzyczce. Wpadli w pułapkę bez wyjścia. Sami, opuszczeni w
korytarzach śmierdzących stęchlizną. W dodatku promień się
zmniejszył, lampa powoli gasła. „Pożrą nas nietoperze i
szczury” - myślała dziewczynka, jednak jej towarzysz się nie
poddawał. Niczym bohater ze swojej ulubionej sienkiewiczowskiej
powieści, szukał wyjścia z sytuacji. Tak jak Staś, który bronił
swej przyjaciółki Nel, on też chciał wykazać się podobną
odwagą.
Dokładnie
przeszukiwał każdą cegłę na murze, aż nagle natrafił na jedną,
która była nieco luźna. Wymacał ją dokładnie, a potem pociągnął
do siebie. W murze zrobiła się szczelina, która wpuściła do
środka świeże powietrze i odrobinę dziennego światła.
Młodzieniec zajrzał w szczelinę, po czym rozradowany podbiegł do
dziewczynki.
- Chodź, tam jest wyjście! - oświadczył łapiąc ją za rękę.
Patrycja
wytarła oczy o rękaw sukienki, po czym dała się prowadzić
Stasiowi. Wybiegli wprost do ogrodu, na miękką zieloną murawę.
Wokół roiło się od winogronowych krzewów, drzewek owocowych i
małych leśnych zwierząt, które przypatrywały się z olbrzymim
zainteresowaniem, zdezorientowanym dzieciom.
- Spójrz tu rosną pomarańczę – dziwiła się mała. Zerwała jeden z owoców i powąchała.
- A tam banany, zobacz to fioletowe, co to jest... - rzekł zdziwiony Staś, oglądając nieznany mu orientalny owoc – jak myślisz co to za miejsce?
- Nie wiem, wszystko tutaj jest jakieś inne, nieznane, jakbyśmy byli w jakimś obcym kraju – mówiła Patrycja obierając owoce.
- Poczekaj nie jedz tego, może jest zatrute. Lepiej uważać nie wiemy, gdzie jesteśmy, może to Chiny – żartował młodzieniec, ale widząc, że dowcip nie był śmieszny, szybko zmienił temat – musimy znaleźć drogę. Jeżeli jest tu jakaś droga oczywiście. Potem pójdziemy wzdłuż ścieżki i na pewno dojdziemy do jakiegoś domu. Zapytamy gospodarza o to, gdzie jesteśmy i jak się stąd wydostać. Musimy jednak uważać, to może być jakaś sztuczka wroga. Dziadek opowiadał kiedyś, że w czasie wojny Niemcy używali gazu, może trafiliśmy na coś takiego i mamy teraz halucynację.
- Dziwny z ciebie chłopiec Stasiu – powiedziała dziewczynka.
- Ale plan dobry?
- Może być, poszukajmy drogi.
Upłynęło
trochę czasu, ale w końcu przedarli się na gęsto porośniętą
makami łąkę. Nie rosło tu tyle drzew, niebo było odsłonięte.
Dzieci stanęły jak wmurowane. Na błękitnym niebie pojawiła się
żółta kula, przypominająca gigantyczną cytrynę. To słońce,
lecz tuż obok wisiała jeszcze jedna cytryna, tylko mniejsza.
- Dwa słońca? - powiedziały jednocześnie dzieci.
- Gdzie my do licha jesteśmy? - spytał Staś.
- Może to inna planeta, a może to rzeczywiście sen – powiedziała dziewczynka.
- Ważne, że jest szlak. Wygląda jakby ktoś tędy często jeździł, chyba wozem. Są ślady od kół i kopyt.
Szli wzdłuż
ścieżki, aż jedno ze słońc schowało się za horyzontem, a
drugie przeciwnie wzniosło się do góry i zawisło wysoko, zaraz
koło księżyca w kształcie rogala. Zmęczone dzieci usiadły przy
drodze. Postanowiły odpocząć i posilić się trochę przed dalszą
drogą. Pierwszy zaryzykował Staś, wgryzając się w banana.
- Tak się tego nie je – śmiała się Patrycja, gdy chłopiec ugryzł owoc ze skórką.
- A jak się je banany?
- Trzeba je obedrzeć ze skórki, pierwszy raz jesz banany?
- Tak, tylko o nich czytałem.
Owoce nie
były zatrute. Dzieci po obfitym posiłku szybko zasnęły. Nie
przeszkadzały im nawet promienie słoneczne. Zbudził je dopiero
hałas, przypominający stukanie kopyt. Zbliżał się jakiś wóz.
Dzieci zerwały się i ukryły w krzakach.
Dwanaście
koni ciągnęło bordową karocę. Piękne, silne, białe mustangi
zatrzymały się tak nagle, że woźnica prawie spadł. Zeskoczył w
dół. Nosił długi, skórzany płaszcz i kapelusz. Twarz zasłoniętą
miał szalem, a oczy skryte ciemnymi okularami. U pasa przymocowany
miał rewolwer. Niczym postać wyjęta z powieści o dzikim
zachodzie, stał i przypatrywał się krzakom, za którymi skryły
się dzieci. Jakby czekał na pojedynek, przed wybiciem zegara
dwunastej godziny, przed południem.
Dzieciom
zabiły mocniej serca, jakby kowal przekuwał na kowadle zbroje. Bam,
bam, bam... Przerażająca postać dała dwa kroki w przód i
odsłoniła płaszcz, aby mieć lepszy dostęp do broni.
- Kto tam jest? - wrzasnął piekielnym głosem – pytam się kto, wychodź, albo giń!
- Nie strzelaj! - krzyknął chłopiec, wychodząc z krzaków i pozostawiając dziewczynkę w ukryciu.
- Ktoś ty?
- Jestem Staś Kaczmarek, a ty kim jesteś? - zapytał chłopiec.
Wtedy
mężczyzna roześmiał się, wyjął rewolwer z kabury i wycelował.
- Henry uspokój się i schowaj tą broń, przecież to tylko dziecko! - wrzasnął jakiś głos ze wnętrza karoty.
- Tak panie – opowiedział, krótko kowboj.
W karocie
uchyliły się drzwiczki i jakby mechanicznie wysunęły się
schodki. Zszedł po nich ubrany w białą w togę, pulchny jegomość.
Podszedł do chłopca i podał mu rękę. Staś zauważył, że
mężczyzna wygląda podobnie jak postać z malunków na murze, w
korytarzach piwnicy.
- Witaj, nazywam się Prokopiusz, niegdyś uniżony sługa cesarza Justyniana – powiedział – a ty kim jesteś i co tu robisz.
- Nazywam się Stanisław Kaczmarek, nie jestem niczyim sługą! - oświadczył odważnie chłopiec.
- A twoja przyjaciółka? - zapytał mężczyzna drapiąc się po głowie.
- Skąd pan wie?
- Konie wyczuły obecność dwójki obcych. To prawdziwej krwi araby, spójrz jak się przyglądają. Wiedzą, że ktoś czai się za ścieżką w zaroślach.
- Ale skąd pan wie, że jestem dziewczynką? - zapytała Pati opuszczając kryjówkę.
- Wyczułem zapach jaśminu, dawno w tych stronach nie czuć było woni tego kwiatu. W tych stronach nic takiego nie rośnie. - odrzekł jegomość w todze.
- Czy możemy spytać, co to za okolica, co to za miejsce? - zapytał chłopiec.
- Oczywiście, że możecie.
- No więc co to za miejsce? - zapytał ponownie chłopiec, zdziwiony postawą człowieka w todze.
- Znajdujecie się w Arkonie – odrzekł, krótko Patrycjusz.
- To znaczy, gdzie? - pytał dalej Staś – ta nazwa nic nam nie mówi.
Wtem,
rozległ się skowyt wilków, konie zadrżały.
- Szybko do karocy, zbliżają się Renowie panie! - krzyknął Henry celując rewolwerem w stronę nadbiegającej sfory. - Wskakujcie, szybko, nie będę powtarzał...
Strzały z
rewolweru rozpędziły wilki do lasu. Dało to odrobinę czasu na to,
aby skryć się w karocie. Kowboj złapał lejce i pogonił konie
batem. Powóz ruszył.
- Spokojnie żaden wilk nie dogoni koni Imperium.
Araby
pędziły niczym wiatr. Zostawiły za sobą tylko tumany kurzu. W
czasie podróży, Patrycjusz opowiedział dzieciom niezwykłą
historię.
Mówił, że
dawno temu, za czasów Imperium Rzymskiego otrzymał od swego władcy
zadanie, polegające na dotarciu do najdalszej części Cesarstwa. Na
swojej drodze spotkał Słowian. Dziwny lud z dziwnymi obyczajami.
Słowianie owi nazywali się Renami. Ich siedziba mieściła się nad
morzem. Była to wielka twierdza, od strony lądu otoczona prawie
dziesięciometrowym murem, całym w rzeźbach przedstawiających
bitwy z przeszłości. Zainteresowany tymi obrazami postanowił je
skopiować, ale plemię nie zgodziło się na to, bogobojni Renowie,
bali się gniewu swego boga Świętosława. Mimo zakazu Patrycjusz
skopiował rysunki. Potem chciał jak najszybciej pokazać swoje
znalezisko Imperatorowi, ale wracając do domu on i jego legion
wpadli w zasadzkę. Wściekli Słowianie zabili wszystkich jego
ludzi, a go wzięli do niewoli. Przywiązano go do drewnianego słupa
i przez kilka dni karmiono tylko miodem, aż wreszcie przyszedł
kapłan i odprawił jakiś mroczny rytuał. Na koniec zamknięto go w
jaskini i przykryto kamieniami wyjście. Było to niezwykłe
miejsce. Nie umarł tam, nie chciała tego jaskinia. Siedział tak
zamknięty, aż całkiem stracił nadzieję, że się wydostanie.
Zapadł w głęboki sen, a gdy się obudził był już w zupełnie
innym miejscu, na tej wyspie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz